piątek, 11 listopada 2016

Wódka czy melisa...


Spełniając swój patriotyczny i niełatwy obowiązek niesienia kaganka oświaty, po wieczornym sprawdzaniu prac młodzieży stwierdzam,co następuje:
- dokonałam przeglądu leksykonu przekleństw polskich w praktyce,
- mimo śniegu na dworze jest mi gorąco,
- mam zdecydowanie za mało alkoholu w lodówce,
- chyba jednak mówię za cicho lub za mało dobitnie w klasie,
- dobrze, że mam w domu chociaż wiśnie w likierze,
- dobrze, że mieszkam sama,
- nawet jak pochowają mnie w Alei Zasłużonych, na nagrobku napiszą "Bo to zła nauczycielka była".

Dobrej nocy i hepi indipendens.
M.

poniedziałek, 10 października 2016

Droga Polko, Drogi Polaku

Droga Polko, Drogi Polaku,


Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Pisania Listów. Zastanawiałam się, do kogo chciałabym napisać list. Zwłaszcza w czasach, gdy listy już dawno nie są w cenie. W każdym razie- nie te tradycyjne.

Piszę do Ciebie, droga Polko, drogi Polaku. Jesteś być może moim znajomym, a może przypadkowo spotkaną na ulicy, w tramwaju, metrze osobą. To ma mniejsze znaczenie Jesteś moim Rodakiem.  Obojgu nam "żyć przyszło w kraju nad Wisłą". 
Pozwól, że pozostanę przy męskiej formie. Nie dlatego, że jestem "politycznie niepoprawna", czy że "zdominował mnie patriarchat", ale dlatego, że taki jest język polski i tak jest łatwiej. Po prostu.

Pragnę zaznaczyć, że nie chcę nikogo tym listem obrazić. Naprawdę. Wręcz przeciwnie.
Niecierpię polityki i o niej tu nie będzie. 

Jednak coraz częściej obserwuję, że Polak Polakowi wilkiem, katem, sędzią. Zbyt często widzę hejt w sieci, na ulicy, w oczach ludzi.
Moje czy Twoje poglądy nie mają tu nic do rzeczy. Ataki i brak kultury widać z każdej strony.

Dlaczego większość ludzi zakłada, że jeśli nie jestem z nimi, to na pewno jestem przeciwko? Dlaczego jeśli nie wyrażam swoich poglądów otwarcie to na bank kibicuję opcji " z naprzeciwka"?  Czy wszystko jest tylko czarne albo białe jak osławione dwa protesty z zeszłego tygodnia?

Wszyscy jesteśmy synami i córkami tej ziemi. Łączy nas tak wiele- historia, kultura, bohaterowie, zabytki, przyroda... Łączy nas także przyszłość tego kraju. Dlaczego  światła są skierowane tylko na to, co nas dzieli?

Droga Polko, drogi Polaku. Nie patrz, proszę, wilkiem na mnie. Nie wiesz, przez co przeszłam, kim jestem, co sądzę o aborcji, wierze, równości, żołnierzach wyklętych. Niezależnie od wszystkiego- uśmiechnij się do mnie, kiedy przechodzę koło Ciebie w metrze. Pomóż mi otworzyć drzwi, kiedy dźwigam ciężkie siatki. Uciesz się drobnymi rzeczami każdego dnia. Wykonaj swoją pracę dobrze, bądź wierny w swoich obowiązkach- to też jest patriotyzm. Bądź dobry dla dzieci, bo one są przyszłością naszego narodu. Nie narzucaj mi swojego zdania. To, że myślę inaczej niż Ty nie znaczy, że jestem zła, nienormalna, opętana, średniowieczna, postępowa (wypowiedziane z ironią), niemoralna, zindoktrynowana, niemyśląca - niepotrzebne skreślić. 

Mam prawo do własnego zdania, podobnie jak i Ty.

Powyższe słowa kieruję także do siebie wobec Ciebie, droga Polko, drogi Polaku.

Szanujmy się nawzajem. Tylko tyle i AŻ tyle.

Z poważaniem,
Polka.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Oto dlaczego nie przekonałam się do randek z internetu


Współczesne dziewczęta należące do tzw. starszej młodzieży muszą czasami odwołać się do nowoczesnych środków komunikacji, aby poznać miłego pana.
Od jakiegoś czasu wysłuchiwałam historie koleżanek, które z większym bądź mniejszym powodzeniem umawiały się na randki z internetu. W akcie desperacji pewnej nocy wykupiłam miesięczny abonament w pewnym serwisie, którego nazwę litościwie pominę.
Z łącznie trzech panów, którzy odezwali się do mnie, na spotkanie wybrałam tylko jednego. Może dlatego, że napisał coś więcej niż „cześć”, „Dzień dobry” lub „J”. Choć nie powiem- miał chyba jedną wersję dla wszystkich panien: „Czy na żywo też jesteś taka urocza? Masz piękny uśmiech i powinnaś się jak najczęściej uśmiechać”. Przyjrzałam się swoim zdjęciom. Uśmiechałam się raczej lekko. Ale dobrze, niech będzie: „Na żywo jestem jeszcze bardziej urocza” odpowiedziałam i umówiliśmy się, jak wszyscy „prawdziwi warszawiacy” pod Rotundą.
-                     Ja to bym się przeszedł. A tyyyy?- zapytał po przywitaniu niewysoki jegomość, który na zdjęciach jednak zdawał się wyższy. A w każdym razie centymetry, które podał wskazywały na to, że jest wyższy ode mnie... a nie niższy.
-                     Ok...- odparłam nieśmiało, mając nadzieję na to, że jednak w pewnym momencie usiądziemy gdzieś kulturalnie, bo poznawać wolę człowieka twarzą w twarz, a nie- ramię w ramię. Zwłaszcza, kiedy sakramentalne „A tyyyy?” ( z przeciągnięciem frazy na „yyyyy”) pada poprzez wyrazisty zwrot przez ramię i zaatakowanie twarzą mojej twarzy.
-                     Ale nie złożysz na mnie reklamacji?
-                     Ale jak to?- zapytałam zdziwiona, myśląc, że jest odpowiedni dział życzeń i zażaleń. Ależ nie, mój towarzysz miał na myśli dział reklamacji firmy ubezpieczeniowej, której był pracownikiem. Zrozumiałam to z kontekstu, kiedy internetowy amant tak bardzo snuł swoje opowieści o reklamacjach na niego spływających, że nie zauważył, jak czasami otwierałam usta w celu powiedzenia czegoś.

Zatem- przeszliśmy się. Ja chodzić lubię i sam marsz nie przeszkadzał mi, jednak zajrzałam na zegarek, kiedy po raz pierwszy poczułam się zmęczona. Nie spacerem. Towarzystwem.
Rozmowa skierowała się na moje życie zawodowe. Poinformowałam jegomościa, że pracuję w szkole. Wyraziłam się ogólnie o dzieciach, że bywają różne, niektóre niesforne i nieujarzmione.
-                     A tyyyyy?- padło tradycyjnie, z atakiem twarzy przez ramię.
-                     Co ja?
-                     No, jaka jesteś? Niesforna, nieujarzmiona?

O losie, to się nie dzieje naprawdę...

Po chwili konsternacji padło:
-   Wiesz, ja to lubię zadawać pytania NA POMYŚLENIE. A ty lubisz, jak ci ktoś zadaje pytania?
-   Wiesz... Ja po prostu lubię rozmawiać- odrzekłam skromnie, skrzętnie korzystając ze swojego czasu antenowego.
-   A to ja lubię, jak ktoś lubi odpowiadać na pytania, bo na przykład denerwuje mnie to, kiedy spotykam się z kimś, dajmy na to- tak jak ja z tobą teraz i ja zadaję pytania, a ta druga osoba milczy albo tylko odpowiada na moje pytania albo odpowiada krótko i...
Nie no, nie wierzę. Teraz będzie mi wyświetlał film pt. „Moje przygody z pannami z portalu”? Zachowałam jednak zimną krew:
-                     Wiesz, no.. Musisz wziąć pod uwagę kontekst... Ja akurat nie mam z tym problemu, ale rozumiem, że ktoś może się czuć w takiej sytuacji jak ta zestresowany...

      Ha! Punkt dla mnie. Jego „pytanie na pomyślenie” skończyło się moją odpowiedzią na pomyślenie.

         Dalej jednak było już tylko gorzej. Opowieści ciąg dalszy:

-   Ja to tak bym chciał się ustatkować i mieć dzieci gdzieś koło czterdziestki.... A tyyy?
-   Co ja?
-   No... u ciebie do czterdziestki bliżej przecież.

Yyyy. No... nie da się ukryć. Spoko, mój wiek nie jest dla mnie powodem kompleksów.
-   Tak, wiem, jestem starsza od ciebie.
-   No właśnie, jak to możliwe?
-   Ale co?
-   No, że jesteś starsza, a wyglądasz młodziej?

         To zdaje się komplement przeleciał rykoszetem w przestrzeni otwartej. Ale dziewczyna się nie zorientowała.

         Dalsze perełki:
-               Ja to do pracy wstaję za dwadzieścia czwarta, pracuję od 6.
-               Ale chyba wcześniej kończysz?
-               No, czasem nawet o 18.
-               Ale przecież to niezgodne z prawem!
-               No, u nas pracuje się na godziny. Tyle, ile godzin wypracujesz, tyle zarabiasz.
-               No, ale... Jesteś w stanie tak pracować do 18? Przecież po 16 już pewnie nie masz siły?
-               Ee, po 16 to ja już nie pracuję. Po 16 to ja już tylko kabarety i filmiki z internetu oglądam i śmieję się do siebie jak głupi.

         To tyle, jeśli chodzi o zainteresowania pana. Wyznał także, że studia kończył zaoczne i nie bardzo go interesowały. Za to przyznał, że władze jego uczelni w rodzinnym mieście „interesowało tylko to, czy płacisz”.
        
         Oczywiście praca także nie jest jego pasją. Chętnie by ją zmienił, ale widać woli po 16 rozwijać swoje hobby, zamiast wysyłać nowe CV. Pomijam fakt, że pracuje na drugim końcu miasta w stosunku do końca, na którym mieszka. Ale przecież po co się przeprowadzać.
        
         Cóż... cierpliwie słuchałam, coś nawet od siebie opowiadałam. Tolerancyjnie podeszłam do sformułowań kaleczących język polski w stylu „ poszłem”, „wyszłem”, „letko”, a przy „mojemu bratowi” myślałam, że się przesłyszałam, ale nie- ten związek wyrazowy został powtórzony i przyprawił mnie o więdnięcie uszu. Dobra, myślę sobie- nie bądź językową purystką. Wszak w mężczyźnie odpowiednia forma wyrazowa nie jest najważniejsza. Przyszedł jednak czas na gorzką wisienkę na tym skapcaniałym torcie.

-               Ja to bardzo nie lubię chodzić z moją mamą na zakupy.
-               O, ja też bardzo nie lubię zakupów. A co, chodzisz z mama na zakupy, kiedy jesteś w...- tu wymieniłam nazwę jego rodzinnego miasta, niegdyś wojewódzkiego!
-               Nie, tutaj z mamą chodzę na zakupy. Bo ja mieszkam z mamą.

         Ooo, koleś. To już wiem, że pożegnamy się bez szans na następne spotkanie. Trzydzieści trzy lata i na garnuszku mamusi... Możesz o mnie zapomnieć tak szybko, jak ładuje ci się filmik na youtubie.
-               Ale... Nie przeszkadza ci to? Ja na przykład już bym nie była w stanie mieszkać ze swoją mamą. – próbowałam  podać pewną aluzję.
-               No, nie, nie narzekam...- jak masz uprane, poprasowane, ugotowane i pozmywanie, to spróbuj ponarzekać, gościu..- No wiesz, przecież jej nie wyrzucę...
-               Nie musisz wcale jej wyrzucać. Sam się możesz wyprowadzić.- nie dawałam za wygraną.
-               No, ale nie wiem, czy by sobie poradziła finansowo...

         Nie miałam już zbytnio ochoty dyskutować, że zawsze można mamusi kochane pieniążki przesłać; po prostu nie było sensu. Teraz najważniejsze stało się dotarcie do najbliższej stacji metra.
         Niestety. Była daleko.

         Opowieść snuła się (dosłownie!) dalej.
-               Wiesz, jak pracowałem w moim rodzinnym mieście, to jeździłem jeszcze samochodem, zanim mi go skasowali. I...handlowałem zielonymi!!!
-               Czym?
-               Aha! To jest moje słynne pytanie na pomyślenie! No pomyśl, co jest zielone?
-               No nie wiem- dolarami?
-               Nie!- brzmiała pełna zachwytu nad sobą odpowiedź.
-               No to nie wiem... Marihuana?
-               Nie! A pomyśl, co jesz codziennie... no, prawie codziennie i jest zielone?- skąd on wie, co ja jem codziennie albo prawie codziennie?
-               No... ogórki?
-               Tak!! Warzywami handlowałem! To właśnie było pytanie na pomyślenie!

To taka próbka poczucia humoru pana...

Wreszcie nadeszła upragniona stacja metra. Pożegnaliśmy się kulturalnie. Z rozpędu powiedziałam „do zobaczenia”. Z ulgą zeszłam na peron. I kiedy kilka dni później dostałam wiadomość o treści:  „ Miło było cię słuchać i miło by było spotkać się znowu z taką uroczą dziewczyną. Co ty na to, abyśmy wymienili się numerami telefonu?” – jedyna odpowiedź, jaką miałam w myśli (a której ostatecznie nie przesłałam wcale) brzmiała: „....or not???”

środa, 29 kwietnia 2015

Rozmowa Nikogo z Każdym

Wracam po przerwie:)
Tłumaczę się tym, że teraz literacko wyżywam się na moich ukochanych warsztatach twórczego pisania. Przeszłam już edycję warsztatów na temat tworzenia bestsellera, następnie uczyłam się pisać opowiadania, obecnie zajmujemy się dramatami. Doszłam do wniosku, że parę dobrych tekstów, które udało mi się popełnić zamieszczę tutaj dla szerszej publiki:)
Na sam początek dzisiejszy owoc ćwiczeń z zakresu teatru absurdu.
Miłej lektury! :)
M.

Rozmowa Nikogo z Każdym

NIKT
Kwadratowe stoły nie umieją latać.
 
KAŻDY
Kupmy ten drewniany, z Ikei.

NIKT
Ee tam. Tam pomidory sprzedają skrzydła za bezcen.

KAŻDY
Ja jednak bym sprawdził. Co nam szkodzi?

NIKT
Myślę, że twoje ambicje uśpiły wszelkie instynkty przyrody.

KAŻDY
Ale ja lubię stoły z Ikei. Z czym masz problem?

NIKT
Z tym, że kwadratowe stoły nie umieją latać. A poza tym mają nogi z marchewki.

KAŻDY
Zaproponuj zatem jakiś kompromis.

NIKT
Hmm... To ja teraz pójdę się rozchorować, a ty w tym czasie pozmywaj naczynia.

KAŻDY
No dobrze. Niech ci będzie.

 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Poszukiwanie pracy

Nie bez powodu mówi się, że poszkiwanie pracy to jak praca na pełen etat, tyle że niepłatna.

Nie od dzisiaj również wiadomo, że w Polsce poszukiwanie pracy nie należy do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych zajęć.

No bo weźmy na ten przykład poszukiwanie pracy na stanowisko nauczycielki przedszkola.

Ogłoszeń- jak na lekarstwo. 

Na portalach z ogłoszeniami wpisuję "nauczyciel wychowania przedszkolnego" oraz "województwo mazowieckie"- termin dość szeroki, ale "Mokotowa" w spisie nie było.

Już po kilku sekundach moim oczętom przejętym ukazują się oferty z następujących miejsc:
Powiat legionowski, Grójec, Białołęka, Wesoła, Konstancin, Milanówek, Bemowo....
A mówili, że praca jest W WARSZAWIE ?? A podobno lepiej się sprzedają te mieszkania "Bliżej Centrum"??? ależ czemu, pytam się? skoro do pracy powinnam jechać, że tak powiem- prawie pod miasto?? (w niektórych przypadkach pojęcie "województwa mazowieckiego" zasięgnęło Płocka, Radomia, a jedna oferta rozszerzyła owe województwo nawet na... Świnoujście(?!?)).

No dobrze. Przyjmijmy, że trzeba się zadowolić peryferiami, jak się już ma to szczęście mieszkania blisko Śródmieścia. Skoro lokalizacja już jest i wstępna selekcja została poczyniona, przyjmijmy się samym ofertom.

Oczywiście zdarzają się śladowe ilości ogłoszeń mających faktycznie "nauczyciela wychowania przedszkolnego" w tytule. Natrafiłam również na kilka ofert tłumaczeniowych, trenerów szkoleń, lektorów angielskiego.

Jednakże ku mojemu zdumieniu, moim oczom ukazały się również oferty o tytułach: "hostessa", "masażystka", "pani na prywatkę" i najlepsza- "telefonistka". Aha, no tak, w kategorie wyszukiwania wpisałam również "media/sztuka/ rozrywka" (bardziej z ciekawości, bo raczej tam dla przedszkolanek nic nie mają;). Charakter tych ogłoszeń z mediami ma raczej niewiele wspólnego, niewątpliwie są sztuką same w sobie (biorąc pod uwagę sposób ich zredagowania), no i niewątpliwie zaliczają się do kategorii rozrywki- pań, które będą rozrywać, no i czytelnika, który te perełki ogarnie wzrokiem i miejmy nadzieję intelektem.

I tak, "pani na prywatkę" ma obiecane "super zarobki". "Masażystka" jak się okazało także wybierze się na prywatkę gdzie dostanie podobny "super zarbek" i to w dodatku "często"!!! Do ogłoszenia "Panie na stałe lub dorywczo" już nie odważyłam się zajrzeć. Jednak "telefonistka" zafrapowała mnie. Tym bardziej, że była zaraz obok poprzednich "pań", no i podpisał się znowu enigmatyczny "klient portalu xxx" (swoją drogą użycie tych trzech liter w tym przypadku wydaje się aż nader pasujące...). Zatem potencjalna "telefonistka" w swoim anonsie przeczyta: "AaaaaaaaaaaaaaTelefonistkę na prywatkę podstawy języka angielskiego". Hm. O ile mi wiadomo, sformułowanie "Aaaaaa" podawało się do gazet w formie papierowej, gdzie ogłoszenia umieszczano alfabetycznie i żadna wyszukiwarka nie była wtedy możliwa. Było to w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. To raz. Dwa.... telefonistka na prywatce... Może miałaby łączyć rozmowy z korporacjami taksówkowymi dla co mniej trzeźwych uczestników "prywatki" (swoją drogą to słowo kojarzy mi się raczej ze slangiem młodzieży lat osiemdziesiątych- maksymalnie osiemdziesiątych). No i wreszcie te "podstawy języka angielskiego". No tak, w sumie do telefonu potrzebne i zawsze uniwersalne będzie niewątpliwie "Hello!"- a to już wszakże podstawa tegoż języka, czyż nie?

Uff...
Przyznam, że szperanie po ogłoszeniach o pracę tudzież portalach związanych z poszukiwaniem pracy zajęło mi około dwóch godzin. Wstałam od komputera i poszłam sobie zrobić herbaty... A czułam się tak zmęczona, jakbym osiem godzin orała ugór...

A może bardziej opłacało się zostać telefonistką? W sumie podstawy angielskiego już mam. Na "prywatkach" czy też imprezach bywałam. Może w necie są kursy na telefonistkę? aaaaaaaaaa...?

piątek, 21 marca 2014

Praca słodko syzyfowa

Chyba nie odkryję Ameryki pisząc, że praca nauczycielska jest ciężkim chlebem.
Każdy, kto uczył choć przez chwilę na jakimkolwiek etapie od przedszkola do Opola (czyli liceum) przeżywa czasem chwile zastanowienia, czy ten młyński kamień kiedykolwiek uda się wtoczyć na szczyt edukacyjnych możliwości.

Nadejście wiosny i związane z nim przesilenie napadło mnie w pracy. A może to nie wiosna, ale zawsze na coś lub kogoś trzeba zwalić.
W każdym razie przeżywam ostatnio coś na kształt zwątpienia w swoje wysiłki.

Na ten przykład w poniedziałek rano, jak co tydzień, jak codziennie od jakiś siedmiu miesięcy, pytam dzieci:
"What's the day today?"
"Sunny!!!"
"Yes... but I'm asking about the day of the week..."
Chwila zastanowienia i pada:
"Friday!"
Piątek jest dniem przynoszenia swoich zabawek do przedszkola, pospieszyłam więc z pytaniem pomocniczym:
"No.. Have you got toys today? No! so it's not Friday."

Zalega głucha cisza. 
Zatem pomagam:
"And what is the first day after weekend?"
Cisza.
"Saturday, Sunday and then...?"
Dobra, poddaję się: "Monday, children, it's Monday..."

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w każdej grupie są mocniejsze i słabsze jednostki. W zależności od tego, jaką przyjmuję taktykę, ZAWSZE któraś kategoria jednostek straci. Tego nieszczęsnego Monday zabrakło silnej grupy. Wygląda na to, że jeśli posiłki w postaci wybitnych jednostek nie wrócą do końca tygodnia, w ciągu paru minut będę musiała przemienić się w Stasię Bozowską, ergo- rozpocząć pracę u podstaw.

Dobrze, nie ma co się tak szybko zrażać. Przechodzimy do planu dnia. Mówię: "Today on Literacy lesson we will learn sound 'r' ".

Widzę, że towarzystwo zaczyna się wiercić, zatem mój przedszkolański instynkt podpowiada mi, iż należy niezwłocznie zapodać jakąś ruchową zabawę. Mamy dzień świętego Patryka, zatem skoczna irlandzka muzyka wydaje się być jak najbardziej na miejscu. 
W tym momencie muszę stwierdzić... nie wierzcie tym, którzy mówią, że wszystkie dzieci poniżej 6 roku życia są nadaktywne ruchowe. Moje nie są! Z początku musiało zaskoczyć- aha! gra muzyka.
"Dance, dance!"- Ms. Marysia wychodzi z siebie i staje obok; prezentuje tańce kuksańce, kółeczka w parach i tym podobne. Co robią dzieci? Krokiem, który nawet nie przypomina marsza kręcą się w kółka niczym w transie. Nie, to nie to, że są śpiące czy znudzone. Powiem więcej- nawet obserwuję dużo dobrej woli. No, ale jak tu cokolwiek wykrzesać, skoro muzyka jest skoczna i żwawa, a kółeczka w parach robi się podając sobie ręce z naprzeciwka, a nie te obok...

No dobrze, usiądźmy. Odpocznijmy ("Ms. Maaaarysiaaaaaaaaa... we're soooo tired!" "Already? What will you say at the age of sixty then?").

Czas obalić patrykowe słownictwo. Zacznimy od rzeczy najłatwiejszych. Pokazuję koniczynkę.
"What is this?"
Znów po krótkiej ciszy pada:
"Snowflake...?"

W momencie kiedy pada ta pytanio-odpowiedź zastanawiam się, czy lepiej będzie podciąć sobie żyły, czy strzelić sobie w łeb. Ale dobrze, nie zrażam się.
"No... shamrock. Repeat please: SHAMROCK"
"Shwamwowrk".
"Okay... Leprechaun?".
"Lepwechwe".
"Okay, one more time: LE-PRE-CHAUN."
"Lepwechwaun".
"Yeees..."

Dobrze, tylko spokojnie. To tylko dzieci. Tylko czteroletnie. Tylko od dwóch lat uczące się tych samych rzeczy. Nie zrażamy się.

Przejdźmy do lekcji z dźwiękiem:
"So... what is the sound that we're going to learn today?"
Tym razem odpowiedź nadeszła bardzo szybko, (dosłownie i niestety) bez zastanowienia:
"Thirteen!"
"Hmmm..."

Kamień począł staczać się wręcz po moim kręgosłupie, zatem na dzień obecny zaprzestałam większej ilości pytań.

Kiedy wyrywałam sobie prawie siwe włosy z głowy zastanawiając się, kiedy mam popełnić nauczycielskie harakiri, przyszło do mnie maleństwo z narysowanym wcześniej przeze mnie Hello Kitty (którego swoją drogą nie znoszę) i powiedziało: "Ms. Marysia... This is your homework. Colour it please." 
Po obiedzie przyszło następne ze zwiniętym ręcznikiem papierowym :"To dla pani. Serwetka z niespodzianką".
Inne przyszło i powiedziało : "Ms. Marysia, I love you."

No i jak przy tym syzyfowym kamieniu ich nie kochać???
Może syzyfowa, ale bywa słodka ta praca. :)

piątek, 7 marca 2014

Miało być pogodnie i optymistycznie, a tu...

W poniedziałek siedziałam wieczorem w domu. Dochodziła północ. Nagle usłyszałam głośne syreny, wybiegłam więc na balkon, aby zobaczyć, co się dzieje. Cała roztrzęsiona, ujrzałam trzy wozy strażackie. Słowem- przestraszyłam się nie na żarty.

A potem wróciłam do pokoju i popukałam się w czoło.
Przecież nie ma jeszcze wojny, a nawet jeśli by się właśnie zaczęła, to czemu miałoby się to stać akurat na mojej ulicy?? Co za niedorzeczność.
Małpa w głowie czasami płata figle. Za bardzo daje znać o sobie i trzeba ją ujarzmiać siłą racjonalnego umysłu.

Ale to życie w strachu już przestaje mnie bawić. Ślęczenie z nosem w internecie w poszukiwaniu informacji przecież tej wojny nie zatrzyma ani nie spowolni. Ani tym bardziej nie sprawi, że będę bardziej bezpieczna.

Przyszedł taki czas, że w ogóle nie wiadomo, co robić, żeby było dobrze.

Staram się zachować hart ducha, nie zalewać się łzami non stop, choć wiem, że niektórzy ludzie traktujący takie sprawy poważnie uważają, że pewnie teraz tak trzeba. Z resztą...co ja mówię? Czy jest ktoś, kto takich spraw nie traktuje poważnie??? Nawet te żarty z Tego, Którego NAzwiska Nie Wypowiem są w jakiś sposób podszyte powagą sytuacji.

Jednak przecież płaczem nikomu nie pomogę. Przypomina mi się ten wiersz Miłosza o powstaniu w getcie warszawskim (Campo di Fiori). Albo jego Piosenka o końcu świata. Gdzieś obok dzieje się dramat, gdzieś obok świat się kończy, a tu karuzela w zabawie, a tu "trzmiel nawiedza różę"- jak gdyby nigdy nic.

I zadaję sobie pytanie- a może właśnie tak trzeba? Może trzeba zaznać trochę radości i normalności TU i TERAZ, bo jutro możemy już ich nie mieć...?

Napisałam wcześniej, że chciałabym tu pisać teksty pogodne i optymistyczne. Powołanie to wielkie słowo i nie chcę używać górnolotnych zwrotów, ale czuję, że w pewien sposób dodawanie ludziom nadziei jest moim zadaniem... powołaniem.

Przychodzi taki czas, że być może wszystkie nasze powołania, troski, relacje, plany się zweryfikują. Że być może trzeba będzie Boga prosić o przeżycie choćby kolejnego jednego dnia, a wieczorem dziękować Mu za to przeżycie. Tak robi zapytana o swoje długie życie pewna dziewięćdziesięcioletnia staruszka z Krakowa, która "mało wymaga od Pana Boga" i w zdrowiu dożyła swoich lat. 

Panie Boże, minęło siedemdziesiąt lat, a historia niczego nas- ludzi nie nauczyła. A raczej - my się z niej niczego nie nauczyliśmy...
A może ludzkość znowu musi dosięgnąć dna, aby prawdziwie dostrzec i docenić to, co ma...?

Jedno jest pewne. Za mojego życia nie przypominam sobie chwili, żebyśmy tak bardzo Cię Boże potrzebowali.
My...WSZYSCY ludzie.

A właśnie teraz tak bardzo wszyscy powinniśmy być razem...

Obdarz nas pokojem.