niedziela, 23 kwietnia 2017

Nareszcie przyszła

Dawno mnie tu nie było. Nie wiedzieć kiedy zaczęła się wiosna. Tak, wiem, jest zimno, ale mimo wszystko patrząc dookoła nie sposób nie poczuć jej w przestrzeni.
Wiosna jest moją ulubioną porą roku. I choć urodziłam się latem, to ekstremalne temperatury znoszę ekstremalnie źle. Cieszę się, że w naszej szerokości geograficznej występuje czas, kiedy dni robią się coraz dłuższe, kwiaty kwitną, ptaki zaczynają śpiewać, słońce coraz częściej przygrzewa, a czasem pada świeży deszcz.

Tydzień temu wracałam do domu przez moje kochane działki. Wybaczcie monotematyczność ( w zimie już cyknęłam parę fotek), ale i tym razem nie mogłam się powstrzymać, aby światu nie pokazać tego kawałka przyrody w środku miasta. Zapraszam Was dziś w króciutką podróż po wiosennych ogródkach. Poczujcie świeży zapach wilgoci, dotknijcie kory drzewa i delikatnych płatków kwiatów. Posłuchajcie śpiewu ptaków. Ich trele także nagrałam, ale niestety, z tego co widzę, nie mogę nagrania tutaj umieścić 😟 A w każdym razie nie umiem tego zrobić.

Chodźmy...


Gdzieniegdzie widać szafirki. Nie tylko te szafirowe, są też białe! albo szafirowo- białe. ⚘



Krzewy już kwitną... Drzewa, kwiaty... Oto kilka słodkich pączków, które znalazłam... Pączków nie do jedzenia 😉



Śnieg, który stopniał, odsłonił nie tylko rośliny. Pod puchowymi pierzynkami pochowały się też piękne ogródki. A wśród nich- urocze domki, huśtawki, zjeżdżalnie dla dzieci... forsycje i równo przycięte krzewy iglaste 😊








Mam jeden swój ulubiony domek. Kojarzy mi się z domem na Zielonym Wzgórzu. Wiedzie do niego prosty chodniczek na ganek. Wokół rosną same "Panny Młode", jak Ania Shirley zwykła nazywać kwitnące drzewa owocowe. No i okienka pod dachem. Zupełnie jakby odsłaniały facjatkę, gdzie mieszkała ruda dziewczynka pełna marzeń...





I jest jeszcze jeden czerwony domek, trochę stylizowany na skandynawski. Ma kilka tabliczek z napisami, wśród których moją ulubioną jest "Everything's OK!"

Wiosno, dobrze, że przyszłaś. Rozgość się, zostań z nami jak najdłużej... 💚💚💚

poniedziałek, 13 lutego 2017

Świat według Pana Stanika

-Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem. Śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
– No, ubierasz się pan.
– W płaszcz – jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
– Fakt!
– Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
– I zdążasz pan?
– Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni. To jest godzinka. Potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, widzi pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w elektryczny do stadionu, a potem to już mam z górki, bo tak… w 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, to znaczy w robocie. I jest za piętnaście siódma! To jeszcze mam kwadrans. To sobie obiad jem w bufecie, to po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu. I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się. Jem śniadanie i idę spać. 
Józef Nalberczak i Marian Łącz w filmie "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" źródło: http://www.sagowce.eu/index.php/dyrdymalki/671-ja-to-prosze-pana-mam-bardzo-dobre-polaczenie
.
Od tej sceny, rozmowy dwóch robotników na dworcu w filmie "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" zaczęła się moja miłość do filmów Stanisława Barei.
Panie reżyserze! Ja widziałam wszystkie pana filmy, i te polskie, i te zagraniczne, i te amerykańskie...

Do samego oglądania przekonali mnie moi znajomi. Mój kochany sąsiad- Karol, który cytował co i rusz na każdym kroku, moja koleżanka ze studiów- Ania, a także bliska przyjaciółka- Iza.
To porządna dziewczyna! Trudno, co robić...
Nie od początku rozumiałam, o co w zasadzie chodzi w tych filmach. Kiedy pierwszy raz obejrzałam "Misia", wydawał mi się zupełnie nieskładny i kompletnie pozbawiony logiki. Nie chodziło jedynie o fakt, że miałam nikłą znajomość rzeczywistości PRLu. Dialogi nie miały dla mnie kompletnie sensu! Dużo się nie pomyliłam. Bo przecież słynne barejowskie absurdy nie są logiczne! A jednocześnie, w swojej ponadczasowej wymowie, pokazują, że absurdy dotyczą każdych czasów i wielu codziennych okoliczności. I że w tym szaleństwie była metoda!


Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu, która mówi: “Prasłowiańska grusza chroni w swych konarach plebejskiego uciekiniera”. Zróbcie mi przebitkę zająca na gruszy ... Nie, nie! Zamieńcie go na psa. Zamieńcie go na psa. Niech on się odszczekuje swoim prześladowcom z pańskiego dworu! (...)



Musiałam jeszcze raz obejrzeć zarówno "Misia", jak i "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?", niezrównany "Poszukiwany, poszukiwana" (Marysia!) , "Nie ma róży bez ognia", "Aletrnatywy 4" oraz "Zmienników" (i kilka innych też), żeby wgłębiając się w historie i jedyny w swoim rodzaju język docenić kunszt tego wybitnego artysty.

Dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem, robię dwudziesty dziewiąty!
O Barei napisano już pewnie wszystko. A ja wszystkiego nie wiedziałam. Ostatnio jednak dzięki uprzejmości kolejnych znajomych (Oli i Marcina, którym dziękuję!), miałam okazję zajrzeć do tej oto książki:
Maciej Łuczak "Miś, czyli świat według Barei", wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, 2007 r.

- Znacie ten język?
- Nie... Tak czytam.
- A... Jak tak, to można...
Jest to poszerzona wersja książki "Miś, czyli rzecz o Stanisławie Barei", której nie udało mi się odnaleźć (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie... proszę o wiadomość!). Czytając nie sposób było się nie uśmiechnąć przy wielu historiach.

- Czytać umie?
- Kto?
-No, Marysia!(...) Playboya niech mu pani poczyta!
 
Autor nie tylko opowiada o zabawnych anegdotach z planów wielu filmów, lecz także o faktach z życia reżysera, o stosunku "Stanika" (jak nazywali go znajomi) do rzeczywistości. Jednak najczęściej w książce natykałam się na przykłady "bareizmów wiecznie żywych"- wiecznie obecnego języka, który niby to w sposób wyszukany, ale mimo wszystko ogłupiający potwierdza, iż filmy nie tracą na aktualności.
W warunkach rzeczywistości przedwrześniowej, na tle ogólnego regresu, tak ekonomicznego, jak i społeczno-politycznego i to zarówno w warstwie pryncypiów merytorycznych jak i w głęboko zacofanej warstwie sanacyjnej infrastruktury, szczególną nieudolnością i brakiem koncepcji, rysował się ogólny bilans białka, który to bilans jak powszechnie wiadomo, wyznacza tak kompetentność czynników odpowiadających za ekonomikę w każdym społeczeństwie jak i świadczy w sposób najbardziej widoczny jak sprawy te są zabezpieczone… 
I tak, nawiązując już nawet do wydarzeń, których reżysser nie doczekał, Maciej Łuczak przywołuje chociażby sytuację z pochówkiem rzekomych zwłok Stanisława Ignacego Witkiewicza. Ostatecznie okazały się one być... ciałem trzydziestoletniej kobiety. Albo inna perełka- niegdyś popularne telewizyjne konkursy audiotele. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię- były to konkursy, gdzie za śmiesznie proste pytania (z odpowiedziami wielokrotnego wyboru!) można było wygrać grube pieniądze. Wystarczyło zadzwonić, oczywiście za odpowiednią (słoną) opłatą do telewizji. Okazuje się, że 34 % osób miało problem z odpowiedzią na pytanie "czy babka wielkanocna to: roślina,  ciasto, a może budowla z piasku?" A Mistrz Bareja już dawno umieścił tą prawdę w serialu "Alternatywy 4":

Myśmy robili badania, okazuje się, że 60 procent osób nie rozumie dziennika- pada z ust towarzysza Winnickiego.

Gdyby się dobrze rozejrzeć, podobne nonsensy napotykamy na co dzień.
Ostatnio w urzędzie miasta pani odmówiła obsłużenia mnie, ponieważ podeszłam do niej z nie wypełnionym wnioskiem. 
- Myślałam, że może mi pani pomóc?- zagaiłam, "pókim dobrze wychowana" (znowu cytując Mistrza).
- ALe ja w tym czasie mogę przyjąć inne osoby!- pani się wzburzyła.
- Ale tu przecież nikogo nie ma! Nikt nie stoi w kolejce!
- Niestety. Bez wypełnionego wniosku proszę nie podchodzić.
Potem się okazało, że były tam do uzupełnienia trzy, może cztery rubryczki...

– Tak mówicie? A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tego domu wczoraj by jeszcze nie było, a dzisiaj już by był, to wy byście staruszkę przejechali, tak? A to być może wasza matka!
– Jak ja mogę przejechać matkę na szosie, jak moja matka siedzi z tyłu?

A czy muszę komentować w obecnych czasach bardzo znamienny postulat gospodarza domu przy Alternatywy, Stanisława Anioła?

Zanim przejdę do przedstawienia kandydatur do naszej nowej rady, chciałem państwa poinformować, że przed naszym zebraniem odwiedził mnie obywatel Winnicki, którego wszyscy dobrze znamy i zobowiązał mnie do przekazania wiadomości, że z góry akceptuje wszystkie wyniki naszych demokratycznych wyborów. Oczywiście jeżeli będą zgodne z naszymi oczekiwaniami. 
I tak dalej, i tak dalej. Mogłabym mnożyć przykłady, ale obserwacje rzeczywistości pozostawię Drogim Czytelnikom. Co więcej, jak widać, do wielu z tych sytuacji pasuje przynajmniej jeden cytat z filmów Stanisława Barei. Jak wiemy, gros z nich weszło do codziennego potocznego języka.

Marysiu! Cukru w cukrze! :) A tą scenę zapodałam uczniom jako przykład sytuacji co się dzieje, gdy uczepimy się samochodu jadąc rowerem... źródło http://www.ifrancja.fr/iportal/poszukiwany-poszukiwana-w-piatek-25-grudnia-w-itvn/#pid=4

































































Marysia, szczególnie mi bliska postać z wiadomych względów, często przychodzi do mnie w różnych cytatach, jak chociażby:

Marysia się ze mną ożeni!
(chodzi oczywiście o sam tekst, nie o to, że mam tyle propozycji matrymonialnych 😉)

A iluż ja znam "z zawodu dyrektorów"! Oj, znam... 😊 

 Kiedyś słyszałam o dobrym pomyśle- serwis smsowy z tekstem Barei na każdą okazję. Z chęcią sama bym się do tego najęła. Zastanawiam się tylko, czy każdy zrozumiałby cytowany fragment. O ile "klient w krawacie jest mniej awanturujący się" jest jeszcze  dla niewtajemniczonych w filmy zrozumiały, o tyle już na przykład "jezioro damy tu"- niekoniecznie. Kiedy ze wspomnianą już przyjaciółką raz poprosiłyśmy kelnera o "zestaw obowiązkowy" i spytałyśmy, czy nie "biją się o złotą patelnię", delikwent spojrzał na nas dość zmieszanym wzrokiem...

 Dlaczego nie fersteien?!! My wszystko fersteien! Proszę bardzo, Pan spocznie, Pan usiądzie, Pan poczeka, się załatwi!

Mistrz Stanisław do dziś śmieszy. Jego komedie są ponadczasowe. Dobrze, że nie walczą już z cenzurą, ale żyją swoim własnym życiem. 
Jednak do czasu przeczytania książki nie miałam świadomości, że drogę reżysera do jako takiego uznania w oczach krytyki ułożono z wielu przeszkód.
Dość powiedzieć, że na dyplom wydziału reżyserskiego musiał czekać 16 lat. Potem wielokrotnie napotykał na brak zrozumienia władz jedynej wówczas partii, chociażby ze względu na jego zamiłowanie do przedwojennych filmów muzycznych. Wprawdzie pozwalano mu je naśladować, ale krytycy nadawali mu najgorszą kategorię reżyserską. Podczas, gdy reżyser pierwszej kategorii dostawał 10 złotych od biletu, Stanisław Bareja dostawał jedynie 2. Niegdyś "bareizmem" nie określano wybitnych smaczków, absurdów dnia codziennego, ale elementy sztuki kojarzące się z bublem, z czymś kiepskiej jakości. Środowisko artytyczne także Pana Stasia nie rozpieszczało- zdarzali się koledzy, którzy podkradali jego pomysły do swoich filmów lub publicznie go krytykowali. Kiedy czyta się te zawiłe dzieje, aż trudno uwierzyć, że ten człowiek kręcił KOMEDIE. Tak, komedie. Które, moim zdaniem, tak naprawdę zyskały miano kultowych dopiero po śmierci reżysera w 1987 roku. Ponoć Stanisław Bareja zwykł mawiać: 

Żeby robić komedie, trzeba mieć zdrowie, a ja mam anginę pectoris.

Po lekurze książki nasunęła mi się pewna refleksja. Pan Stanisław nie miał łatwego życia, choć kochał to, co robił, nie poddawał się. Ale co najważniejsze- przyszło mu żyć w trudnych czasach. Absurdy, sytuacje, gagi przedstawione w jego filmach przydarzały się jemu samemu. Jego żona opowiada, że miał liczne zeszyty, gdzie spisywał najróżniejsze żarty, dowcipy, teksty. A jednak- stworzył jedne z najlepszych (jeśli nie najlepsze) komedie w dziejach polskiej kinematografii. Potrafił coś, czego nam w Polsce często brakuje. Miał DYSTANS. Miast skupiać się na skakaniu sobie nawzajem do gardeł, śledzić potknięcia przeciwników i wypominać im je szyderczo, śmiał się z nich serdecznie. 

Strasznie mi smutno, że już go z nami nie ma. Miałby dziś pełne ręce roboty... 

PS. To jest chyba mój najdłuższy wpis do tej pory, a i tak czuję, że nie wyczerpałam tematu. Nie da się po prostu! Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli w jego zgłębieniu, zwłaszcza autorom stron internetowych, które zawierają spisane teskty z filmów. Miłośnicy Stanisława Barei wszystkich kontynentów- łączmy się ! 😜 


















wtorek, 24 stycznia 2017

Pochwała nieperfekcyjności

Dwa tygodnie od Bożego Narodzenia nie zdążyły minąć, a mój dom już wyglądał jak stajnia Augiasza. Jakoś nie śpieszno mi do wielkich porządków, wiosny nie widać, motywacji brak, a sprzątam jedynie wtedy, kiedy przychodzi do mnie jeden uczeń. Hmm. "Sprzątam" jet w tym przypadku nadużyciem semantycznym, raczej zamiatam ścieżkę, którą młodzian ma od drzwi wejściowych do pokoju, gdzie odbywa się lekcja.

Nie pisałam dotąd o książkach, ale rok rozpoczęłam od fantastycznej lektury i pragnę się tym podzielić.
Magdalena Kostyszyn, "Ch...owa Pani Domu"





Magda Kostyszyn, w pewnych kręgach znana jako (delikatnie mówiąc) NIEPERFEKCYJNA Pani Domu, zapewniła mi rozrywkę i śmiech praktycznie na co drugiej stronie. Mówią o niej, iż uratowała tysiące Polek od presji bycia wzorową gospodynią, kobietą, matką, pracownicą. Za to pokochały ją nie tysiące, lecz śmiem twierdzić, że miliony! Mnie nie wyłączając.

Magda, podobnie jak inna bohaterka bliska wielu przedstawicielkom płci pięknej- Bridget Jones, jest wcieleniem wszystkiego, co nieidealne, a jednocześnie autentyczne i przez to dowcipne. Z tą jednak różnicą, że Bridget to postać fikcyjna, a Magda to kobieta z krwi i kości. Chętnie przybiłabym z nią piątkę!

Książkę pożyczyła mi koleżanka z pracy, jednak zanim rzuciłam się na to wciągające tomiszcze, śledziłam z przyjemnością profil na fejsbuku "Ch..owa Pani Domu". Wzruszają mnie niepomiernie zdjęcia lakierów do włosów w charakterze wałków do ciasta, lusterek samochodowych jako "toaletki na szybko", "choinek" utworzonych z górki prania przystrojonej świątecznymi lampkami oraz "obiadu śląskiego"- "ziemniaków z węgielkami". Mogłabym długo wymieniać. Mój ulubiony filmik to deska do prasowania przedstawiająca seksownego pana w koszulce, który pod wpływem ciepła żelazka koszulkę tę traci.:D

Sięgając po książkę zastanawiałam się- co jeszcze można było opisać? Czy opisy dadzą lepszy rezultat niż mówiące same za siebie fotografie wielu sympatyczek (i sympatyków!) tego portalu? Otóż można! Można zahaczyć o inne apekty bycia kobietą nieidealną.

Konia z rzędem dam kobiecie, która nie znajdzie siebie samej przynajmniej w jednym fragmencie, przynajmniej w jednej linijce tej książki. No, okej. Poza "Paniami Doskonałymi". Ale uwaga,  tu zaskoczenie- one także mają swój rozdział! Są poukładane, mają zawsze nienaganny porządek, fryzury, dzieci ogarnięte i uśmiechnięte,  "otwarty przewód doktorski" i co tam jeszcze. Aaa, już wiem- "K...a, nawet okres mają chamsko regularny!"

Dla mnie początek roku związany był z ćwiczeniem moich umiejętności jako kierowcy. Doszłam do wniosku, że jestem typową babą za kierownicą, w dodatki blondynką. W tym wypadku książka Magdy także przyszła mi z pomocą- obnaża mity dotyczące kobiet:  "Mit numer dwa: kobiety nie potrafią jeździć samochodem".  Pozwólcie, że zacytuję fragment, z którym identyfikuję się najbardziej: "Bez dopisku, że kobiety nie umieją także parkować, ten mit jest niepełny.
(PS. Potwierdzam, że w tych lusterkach ch...a widać)."

Jak łatwo zauważyć, autorka nie boi się mocnych stwierdzeń i słów (w oryginale występują w całości), ale moim zdaniem to tylko nadaje autentyczności jej wypowiedzi. Żadna tam uładzona i gładko uczesana Małgorzata Perfekcyjna. Żadne tam uciekanie od niewygodnych tematów. Trudności bycia kobietą, ale i uroki życia- bardzo podobały mi się fragmenty dotyczące dzieciństwa w latach 90. Widzę, że to obecne, kolejne pokolenie, choć tylko jakieś dwadzieścia kilka lat od nas młodsze, może mieć spore problemy ze zrozumieniem wielu smaczków tamtych czasów.
A skoro już przy dzieciach jesteśmy, zachwyciły mnie także rozdziały poświęcone matkom i byciu matką. Podejście, że posiadanie dzieci nie powinno oznaczać dla kobiety rezygnacji ze wszystkiego i że należy rozłożyć się na tarczy ostatecznego poświęcenia życia w imię bycia cierpiętnicą Matką Polką. Jak również to, co autorka przeżywa, gdy wypomina jej się, że przecież dzieci nie ma, w związku z czym na sto procent nie wie, "jak to jest". Ileż razy słyszałam (nie tylko od rodziców swoich podopiecznych), że jako osoba nie posiadająca dzieci nie wiem, jak je wychowywać. Otóż śmiem twierdzić, że w pewnych przypadkach wiem więcej niż niejeden długoletni rodzic. A jednocześnie podzielam zdanie Magdy, która swoje refleksje w tym temacie kwituje stwierdzeniem, że podziwia wszystkie matki. Ja także, w cichości serca, choć często z wieloma rodzicielkami się nie zgadzam, to jednak bardzo mam dużo dla nich szacunku.

Aby nie zostawić Was z całą treścią książki, a jedynie zachęcić do jej lektury, przytoczę na koniec "Cztery rodzaje ćwiczeń dla opornych". Zaraz wybieram się na tańce, ale przecież w domu mam tyle okazji do dbania o kondycję fizyczną: "Przysiady przy lodówce", "Trening kettleball na balkonie", "Stretching dla zaawansowanych", "Vinyasa joga pod prysznicem". Do tego zestawu dodałabym jeszcze swoje ćwiczenia: "Slalom pomiędzy brudnymi ubraniami na podłodze w łazience", "Rozciąganie przy zamiataniu małą zmiotką", "Typowy slide przy desce do prasowania" (najlepiej z tym seksownym panem ;) ). Ja swoje muszę opatentować, a po opisy wcześniejszych zapraszam do książki Magdy Kostyszyn.

Jak również po inne fantastyczne teksty. Niech żyje nieperfekcyjność!!!

PS. Magda prowadzi także bloga venilakostis.com, którego także Wam polecam!

piątek, 30 grudnia 2016

Spotkania

Świąteczna gorączka (ta dosłowna i ta w przenośni) przeszkodziła mi w napisaniu kilku ciepłych słów z okazji świąt. Jednak oktawa Bożego Narodzenia wciąż trwa, a jutro czeka nas ostatni dzień 2016 roku. A że dobrych życzeń nigdy za wiele, pozwólcie, że tym wpisem je złożę.

Taki będzie mój 2017 rok- różowy i kobiecy, z tańcem, rowerem, ciastkiem...podróżami, perfumami, tylko książek brak na rysunku, ale one też będą :)
W zeszłym roku odeszło wiele osób. Pomijając artystów, swoje ziemskie pielgrzymowanie zakończył nagle i tragicznie proboszcz parafii św. Dominika na Służewie- o. Witold Słabig OP. Nie znałam go osobiście, raczej znałam jego kazania, wypowiedzi, widziałam, jak ten ciepły człowiek dobrze sprawuje swoją funkcję, skoro tak wielu ludzi przychodzi na Dominikańską, aby wspólnie się modlić
(i nie tylko).

Z relacji jego współbraci wiem, że ojciec Witold bardzo cenił sobie spotkania. Że często mówił "Przyjdźcie, na pewno będzie czas, aby się spotkać, porozmawiać". 

Z okazji świąt lubię życzyć różnych rzeczy. Oczywiście ważny jest ich wymiar duchowy- nawet dla tych, którzy deklarują się, jako niewierzący. Warto się zadumać nad tym, po co świętujemy Boże Narodzenie. 
Lubię także życzyć, aby ludzie sobie odpoczęli- w końcu jest to ten moment roku, kiedy wszyscy są zmęczeni podsumowaniami, kiermaszami, jasełkami, zestawieniami, itp., itd., czy ogólnie całym rokiem.
Najbardziej jednak lubię życzyć "spotkań z ludźmi, których chcemy spotykać, a nie tych, których musimy spotykać". Przecież na co dzień jesteśmy zmuszeni przebywać w różnym towarzystwie. Czasami mamy do czynienia z wręcz bardzo toksycznymi osobami. Dlatego życzę wszystkim, aby już nie tylko święta, ale cały nowy 2017 rok obfitował w dobre spotkania. W spędzanie jak największej ilości czasu z ludźmi, z którymi dobrze się czujemy, którzy nas wspierają i podbudowują, nie tymi, którzy próbują nas zdołować. Z tymi, którzy kojarzą nam się z ciepłem i światłem, jak Światło, które właśnie nadeszło pośród ciemnej nocy. 



Wspólne jedzenie, wspólne oglądanie filmów, wspólne uprawianie sportu, wyjścia do kin, teatrów... Jest mnóstwo form spędzania czasu. Byle robić to wszystko RAZEM. Osobiście, nie przez skajpa czy fejsbuka. Doprowadzać do wizyt w realu, a nie na ekranie czyjegoś komputera, tableta czy telefonu.

I śmiejmy się. Śmiejmy się jak najwięcej. Śmiech to zdrowie, a zdrowia życzylibyśmy sobie jak najbardziej. Przeczytałam gdzieś, że wspólny śmiech zbliża ludzi ze sobą, redukuje stres. Mamy trudne czasy, więc tym bardziej na przekór całemu bólowi po prostu śmiejmy się razem. Tak się tworzą przyjaźnie. Tak można wspomóc pokój na świecie, w choćby mikroskopijnym wymiarze, puszczając te małe iskierki dobra w obieg. Oby przetworzyły się w gorący ogień ;) dobra.

DO SIEGO I DOBREGO ROKU!!!
A oto i moja tegoroczna choinka. Nie wiem, jak Wasze, ale moja będzie stała do 2 lutego!


sobota, 17 grudnia 2016

Bazarek moja miłość

Odkąd pamiętam, nie cierpiałam chodzić na zakupy. Moja kochana Mama z moim Bratem uwielbiali modlić się nad każdą rzodkiewką i marchewką, co mnie osobiście doprowadzało do szału i zostawiałam ich samych z tą  przyjemnością. Także kiedy jeździliśmy z Bratem do Taty w Stanach, w latach dziewięćdziesiątych, kiedy kilomtrowe półki supermarketów kusiły swoją różnorodnością i wielkością, ja nie znosiłam kontemplacji nad takim czy innym keczupem.
Jednak życie jest życiem, człowiek się usamodzielnia, a że jeść trzeba to i na zakupy chodzić- także.

Mam to szczęście, że niedaleko od domu mam fantastyczny bazarek. 
Już dawno temu się przekonałam, że wizyty na nim to coś, czemu zakupy w wielkich samoobsługowych sklepach nawet nie mają co starać się dorównać.
Mam tu swoje stałe budki, Państwa sprzedających, których znam i z którymi chętnie rozmawiam. Jest drożej? Być może, ale kupuję i wiem, że nie daję zarobić prezesowi leniącemu się na fotelu za 1000 zł, który kupi sobie za moje pieniądze kolejne Ferrari, ale małym przesiębiorcom, którzy ciężko pracują, a przy okazji wzbogacają polską gospodarkę.

Zresztą, nawet, gdyby na sercu nie leżały mi tak bardzo względy ekonomii polskiej, poszłabym na bazarek chociażby dlatego, że stanowi on jeden z ostatnich bastionów komunikacji międzyludzkiej.
I tak- wizyty zazwyczaj zaczynam od przemiłej Pani Ali z tradycyjnego "zieleniaczka". Opowiadamy sobie to i owo, czasem na coś ponarzekamy. Kiedyś powitała mnie słowami: "O! Jest moja stokrotka!" :)  Zawsze mi mówi, że woli, żebym wpadała po mniej towaru, ale za to częściej. :) I tak się ciepło koło serca robi...

Potem kieruję się do budki spożywczej z dużą ilością nabiału. Pani, która tam pracuje, czasami jest zmęczona i miewa nietęgą minę. Jednak bardzo łatwo ją skruszyć- wystarczy zagadać, zapytać jak się czuje i już się uśmiecha. Ostatnio kupowałam serek mascarpone i chyba dzięki radom tej właśnie Ekspedientki po raz pierwszy wyszło mi jakieś ciasto:)

Kolejnym stałym punktem (poza piekarnią ;) jest sklepik ze słodyczami:) Cała moja rodzina i bliższa, i dalsza, i biologiczna, i nabyta wie, że w mojej lodówce można niekiedy nie znaleźć masła, jajek, sera, wędliny, ale jakaś czekoladka zawsze będzie :D Panowie w sklepie ze słodyczami mają same rarytasiki. I choć- jak przyznają- zawsze chodzi się do nich (nomen omen)- "na deser" (pod warunkiem, że zostanie jakaś gotówka po poprzednich zakupach), to ten deser niewątpliwie tam się znajdzie. Jeden z Panów bardzo lubi polityczno- ekonomiczne dysputy. Nie wkręcam się w nie zbytnio, ale to dzięki temu sprzedawcy uświadomiłam sobie, jak handel w tej części miasta jest trudny. To właśnie ten Pan powiedział mi, że miasto skategoryzowało nasze biedne Wierzbno w tej samej puli co osiedla przy ulicy Sobieskiego (a więc i przy Trakcie Królewskim) i nakłada na sprzedawców ogromne podatki. Mało tego- ludzie często nie chcą kupować w takich sklepikach, bo wydaje im się, że hipermarkety oferują te same produkty za niższe ceny. A to tylko złudzenie- np. żelki są po prostu sprzedawane w mniejszych paczkach, a w ostatecznym rozrachunku żelki w większej paczce na bazarku wychodzą znacznie taniej. Kolejny dowód na to, że nie wnikając głębiej w pewne sprawy omija nas wiele istotnych informacji... Czego sama jestem dowodem, niestety...
U Panów także (choć w innych budkach też) obkupuje się mój Tata, kiedy przyjedzie do Polski. Panowie już wiedzą, że jeśli Tata się pojawia, to znaczy, że trzeba będzie zamówić duż karton galaretek w czekoladzie, bloków galaretkowych oraz śliwek w czekoladzie i wisienek w likierze. Amerykany nie znajo...

Na naszym bazarku zakupy robią i młodzi, i starsi. Wiem, że są ludzie, którzy przyjeżdżają tu z innych części miasta.  
Oczywiście i tutaj nie brakuje oszustów i ludzi niemiłych. Jeden ze sprzedawców wędlin rozpoczynał od pojedynczej budki. Pamiętam swoje pierwsze wizyty tam- byłam pod wrażeniem wyboru, świeżości i sympatycznej obsługi. Dostałam trochę za dużo wędliny? Nie szkodzi, zjem. Ale kiedy drugi i trzeci raz zdarzyła się podobna sytuacja ("Oj, wie pani, trochę za dużo mi się ukroiło"), a po jakiś trzech miesiącach pojedyncza budka zrobiła się podwójna, odechciało mi się tam kupować.

Na szczęście "te minusy nie przysłaniają mi plusów", cytując klasyka. 

Wreszcie to, co najbardziej lubię w tym miejscu, to niepowtarzalna atmosfera pomiędzy handlarzami. Często słyszę, jak razem żartują, dokazują, jak sobie rozmieniają pieniądze czy polecają siebie nawzajem klientom. 
Weszłam dziś do sklepiku typu "klucze, zamki, żarówki, paski, zegarki, sznurówki", a szukałam... zapałek. Wyłonił się Pan o urodzie Roberta Biedronia, który polecił mi kiosk w sąsiedniej alejce (tam niestety pani była niemiła, ale przynajmniej miała zapałki :P)
Wcześniej stojąc w kolejce do piekarni podsłuchałam dialog dwóch panów, z dwóch różnych warzywniaków. Jeden właśnie przechadzał się wokół towaru, z rękami w kieszeni. Drugi na niego "nakrzyczał":
- Wyjmij te ręce z kieszeni i ludzi obsługuj!
- Pieniądze ścikam!- odpowiedział ten pierwszy.

W pierwszym momencie popatrzyłam w ich stronę zaniepokojona podniesionym tonem, ale zaraz potem uśmiechnęłam się na tą scenkę. Mina pana w piekarni (który owego dialogu nie słyszał) na widok mojego ubawienia- bezcenna. 

To w sumie niesamowite. Są przecież dla siebie nawzajem konkurencją. A jednak się wspierają i zdecydowanie lubią. Po prostu świetny zespół i niejedna korpo mogłaby się od nich uczyć!

Parę lat temu słyszałam głosy o rzekomej likwidacji bazarku. Na szczęście nic takiego się nie stało, ale jeśli tylko do czegoś takiego dojdzie, położę się Rejtanem pomiędzy budkami przy minus piętnastostopniowym mrozie!!! Myślę, że nie tylko ja. Bazarku nie oddamy, to nasza osiedlowa miłość:)

PS. Poniżej zamieszczam zdjęcie, na którym wygląda,, jakbym reklamowała jakąś melinę z graffiti, ale wierzcie mi- to raczej mój brak talentu fotograficznego...




poniedziałek, 5 grudnia 2016

Historia z serii niesamowitych :)

W kręgach, w których się obracałam, nauczono mnie, że w życiu nie ma przypadków. Znam również takich ludzi, którzy twierdzą, że życie składa się właśnie z przypadków wyłącznie. Niezależnie od tego, co kto na ten temat myśli i co myślę ja, zdarzają się takie historie, które ciężko racjonalnie wytłumaczyć. Ta jest jedną z nich.
W zeszłym tygodniu jeden z moich dni stał się wyjątkowo długi. Po trzydziestce mniej zależy Ci na oszczędzaniu, bardziej na komforcie. Ile zarabiają nauczyciele w Polsce- o tym nawet nie zamierzam się rozpisywać. Jednak kiedy jest prawie grudzień, na dworze siąpi jak na Alasce, a Ty od 4.30 jesteś na nogach... odżałowujesz te 30 złotych na taksówkę.
Podałam panu taksówkarzowi adres mojego domohotelu (bez obsługi), ustaliliśmy, którą trasą najlepiej jechać, po czym pan zapytał:
- Czy to tam, przy przedszkolu?
- Tak, dokładnie! Pewnie wszyscy panu podają moją ulicę jako wjazdową do przedszkola?
- Też... Ale znam to przedszkole, bo pracowała tam moja teściowa.
- O! no proszę! Wie pan, to moje macierzyste przedszkole.
- A Panią Stenię może pani pamięta?
Czy ja pamiętam Panią Stenię??? Moja kochana wychowawczyni z zerówki, nie mogłabym jej nie pamiętać! 

Pan powiedział, że była bardzo oddana pracy. Pokazał mi zdjęcia swojej żony, która podobno w czasach mojej przedszkolnej edukacji przychodziła do mamy do pracy. Ja niestety jej nie pamiętam... Za to moją kochaną Panią pamiętam doskonale.
- Miała zawsze bordo burzę włosów, była nieco tęższa- opisuje pan Wojtek.
Dokładnie, to ona!
Niestety, kilka lat temu zmarła. Nowotwór wątroby dość szybko postąpił.
Do tej pory posiadają w domu albumy ze zdjęciami, a nawet filmy nagrane w trakcie przedszkolnych przedstawień (Bogu dzięki żyliśmy w epoce, kiedy nie trzeba było się przejmować, że takie obrazki dostaną się w niepowołane ręce). 
Pan Wojtek delikatnie i z kulturą zasugerował, że jeśli podam mu numer telefonu, to oni z żoną poszukają wśród rodzinnych archiwów moich zdjęć, a może i film się jakiś znajdzie.  Zgodziłam się ochoczo (w takich sprawach zazwyczaj jestem impulsywna, ale tym razem się nie pomyliłam:)
Już następnego dnia odebrałam telefon:
- Pani Marysiu, nie ma pani na filmach, były kręcone nieco później, w latach dziewięćdziesiątych, ale znaleźliśmy pani zdjęcia, a nawet kartkę- napisane jest "Marynia Feldman z Rodzicami i bratem".

Podałam maila i już za momencik miałam te oto cudeńka w skrzynce:

 Pamiętam tą dziewczynkę z kotkiem! Nie pamiętam tekstu w środku. To musiały być wakacje przed zerówką (o ile mnie pamięć nie myli, z Panią Stenią spędziłam łącznie dwa piękne lata).

Wierszyk chyba moja Mamusia pisała :) Na dole moje własne kulfony :)



Pani Stenia to właśnie ta "bordowa burza loków" w środku na dolnej fotografii :)
Pamiętam tu niektórych... Niektórzy są teraz moimi znajomymi na facebooku...Jeśli rozpoznajecie się na którymś ze zdjęć, napiszcie do mnie proszę!

Ta historia uświadomiła mi wiele rzeczy. Po pierwsze, że trzeba przechowywać wspomnienia (zdjęcia, kartki..), nigdy nie wiadomo, kiedy mogą stać się potrzebne... I komu :)
Po drugie- przypadek, nie przypadek- podobnie jak ze wspomnieniami- nigdy nie wiemy, na jakie ścieżki można trafić pod koniec długiego dnia.
I wreszcie- myślę, że prawdą jest, iż "wszystkiego, co naprawdę powinnam wiedzieć dowiedziałam się w przedszkolu" :) Pani Stenia zapewniła mi tam jedne z najlepszych lat życia. Może dlatego potem stałam się na jakiś czas jej "koleżanką po fachu"? ;)

Serdecznie pozdrawiam Pana Wojtka z Żoną!


piątek, 2 grudnia 2016

Taką zimę kocham

Trafiłam dziś do bajki. Decydując się na przejście przez działki w drodze z metra do domu nie wiedziałam, że z ulicy wchodzę w zupełnie inny świat. 
Cisza, spokój, pusto wszędzie. Idę, a przede mną uginające się gałązki krzewów z dwóch stron alejki łączą się razem w niby bramę. Między gałązkami przelatują sikorki. Na czerwonych i czarnych kuleczkach bzu i róży zwisają sople. 
Idę sobie tymi dróżkami i wcale nie jest mi zimno. Biała pierzynka sprawia, że czuję się spokojnie. Zupełnie, jakbym nagle ze środka miasta trafiła w środek spokojnej wsi. Przypominają mi się dziecięce spacery po ukochanym Adamowie.  Czuję wdzięczność, że jest mi ciepło i że niczego w tej chwili mi nie brakuje.
Nagle orientuję się, że śnieg tak bardzo zasnuł drzewa na działkach, że ciężko będzie mi określić alejkę, w którą powinnam skręcić, aby wyjść na ulicę. Ale wiecie co? wcale mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Poczułam chęć zgubienia się w tym baśniowym labiryncie...:)
W tej baśni jestem królewną, która przechadza się po białym puszystym dywanie. Drzewa przygniecione śniegiem niczym poddani kłaniają mi się po drodze. Odwiedzam mieszkańców królestwa, którzy mieszkają pod różnymi adresami. Są piękni, ale nie są ludźmi.

 Mam ostatnio takie postanowienie, że będę się więcej uśmiechać. Do obcych ludzi. Zauważyłam, że wbrew pozorom zrobiłam się introwertyczką. Kiedyś uśmiechałam się więcej (o czym z resztą już tutaj pisałam). Teraz ciężko mi się przełamać wśród obcych ludzi. Od kilku dni próbuję wcielić w życie plan, aby uśmiechać się do nieznajomych mi osób. Jest to trudniejsze, niż myślałam. Nie tylko z powodu pewnej nieśmiałości (owszem- nieśmiałości), ale może bardziej dlatego, że coraz mniej chce mi się uśmiechać.
Dziś Pan Bóg dał mi całkiem konkretny powód do uśmiechu. Sami widzicie :)
PS. Dziękuję Dominice za inspirację ze zdjęciami i Joli za pomysł z uśmiechem :)