niedziela, 23 kwietnia 2017

Nareszcie przyszła

Dawno mnie tu nie było. Nie wiedzieć kiedy zaczęła się wiosna. Tak, wiem, jest zimno, ale mimo wszystko patrząc dookoła nie sposób nie poczuć jej w przestrzeni.
Wiosna jest moją ulubioną porą roku. I choć urodziłam się latem, to ekstremalne temperatury znoszę ekstremalnie źle. Cieszę się, że w naszej szerokości geograficznej występuje czas, kiedy dni robią się coraz dłuższe, kwiaty kwitną, ptaki zaczynają śpiewać, słońce coraz częściej przygrzewa, a czasem pada świeży deszcz.

Tydzień temu wracałam do domu przez moje kochane działki. Wybaczcie monotematyczność ( w zimie już cyknęłam parę fotek), ale i tym razem nie mogłam się powstrzymać, aby światu nie pokazać tego kawałka przyrody w środku miasta. Zapraszam Was dziś w króciutką podróż po wiosennych ogródkach. Poczujcie świeży zapach wilgoci, dotknijcie kory drzewa i delikatnych płatków kwiatów. Posłuchajcie śpiewu ptaków. Ich trele także nagrałam, ale niestety, z tego co widzę, nie mogę nagrania tutaj umieścić 😟 A w każdym razie nie umiem tego zrobić.

Chodźmy...


Gdzieniegdzie widać szafirki. Nie tylko te szafirowe, są też białe! albo szafirowo- białe. ⚘



Krzewy już kwitną... Drzewa, kwiaty... Oto kilka słodkich pączków, które znalazłam... Pączków nie do jedzenia 😉



Śnieg, który stopniał, odsłonił nie tylko rośliny. Pod puchowymi pierzynkami pochowały się też piękne ogródki. A wśród nich- urocze domki, huśtawki, zjeżdżalnie dla dzieci... forsycje i równo przycięte krzewy iglaste 😊








Mam jeden swój ulubiony domek. Kojarzy mi się z domem na Zielonym Wzgórzu. Wiedzie do niego prosty chodniczek na ganek. Wokół rosną same "Panny Młode", jak Ania Shirley zwykła nazywać kwitnące drzewa owocowe. No i okienka pod dachem. Zupełnie jakby odsłaniały facjatkę, gdzie mieszkała ruda dziewczynka pełna marzeń...





I jest jeszcze jeden czerwony domek, trochę stylizowany na skandynawski. Ma kilka tabliczek z napisami, wśród których moją ulubioną jest "Everything's OK!"

Wiosno, dobrze, że przyszłaś. Rozgość się, zostań z nami jak najdłużej... 💚💚💚

poniedziałek, 13 lutego 2017

Świat według Pana Stanika

-Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem. Śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
– No, ubierasz się pan.
– W płaszcz – jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
– Fakt!
– Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
– I zdążasz pan?
– Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni. To jest godzinka. Potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, widzi pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w elektryczny do stadionu, a potem to już mam z górki, bo tak… w 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, to znaczy w robocie. I jest za piętnaście siódma! To jeszcze mam kwadrans. To sobie obiad jem w bufecie, to po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu. I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się. Jem śniadanie i idę spać. 
Józef Nalberczak i Marian Łącz w filmie "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" źródło: http://www.sagowce.eu/index.php/dyrdymalki/671-ja-to-prosze-pana-mam-bardzo-dobre-polaczenie
.
Od tej sceny, rozmowy dwóch robotników na dworcu w filmie "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" zaczęła się moja miłość do filmów Stanisława Barei.
Panie reżyserze! Ja widziałam wszystkie pana filmy, i te polskie, i te zagraniczne, i te amerykańskie...

Do samego oglądania przekonali mnie moi znajomi. Mój kochany sąsiad- Karol, który cytował co i rusz na każdym kroku, moja koleżanka ze studiów- Ania, a także bliska przyjaciółka- Iza.
To porządna dziewczyna! Trudno, co robić...
Nie od początku rozumiałam, o co w zasadzie chodzi w tych filmach. Kiedy pierwszy raz obejrzałam "Misia", wydawał mi się zupełnie nieskładny i kompletnie pozbawiony logiki. Nie chodziło jedynie o fakt, że miałam nikłą znajomość rzeczywistości PRLu. Dialogi nie miały dla mnie kompletnie sensu! Dużo się nie pomyliłam. Bo przecież słynne barejowskie absurdy nie są logiczne! A jednocześnie, w swojej ponadczasowej wymowie, pokazują, że absurdy dotyczą każdych czasów i wielu codziennych okoliczności. I że w tym szaleństwie była metoda!


Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron. Jest prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu, która mówi: “Prasłowiańska grusza chroni w swych konarach plebejskiego uciekiniera”. Zróbcie mi przebitkę zająca na gruszy ... Nie, nie! Zamieńcie go na psa. Zamieńcie go na psa. Niech on się odszczekuje swoim prześladowcom z pańskiego dworu! (...)



Musiałam jeszcze raz obejrzeć zarówno "Misia", jak i "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?", niezrównany "Poszukiwany, poszukiwana" (Marysia!) , "Nie ma róży bez ognia", "Aletrnatywy 4" oraz "Zmienników" (i kilka innych też), żeby wgłębiając się w historie i jedyny w swoim rodzaju język docenić kunszt tego wybitnego artysty.

Dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem, robię dwudziesty dziewiąty!
O Barei napisano już pewnie wszystko. A ja wszystkiego nie wiedziałam. Ostatnio jednak dzięki uprzejmości kolejnych znajomych (Oli i Marcina, którym dziękuję!), miałam okazję zajrzeć do tej oto książki:
Maciej Łuczak "Miś, czyli świat według Barei", wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa, 2007 r.

- Znacie ten język?
- Nie... Tak czytam.
- A... Jak tak, to można...
Jest to poszerzona wersja książki "Miś, czyli rzecz o Stanisławie Barei", której nie udało mi się odnaleźć (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie... proszę o wiadomość!). Czytając nie sposób było się nie uśmiechnąć przy wielu historiach.

- Czytać umie?
- Kto?
-No, Marysia!(...) Playboya niech mu pani poczyta!
 
Autor nie tylko opowiada o zabawnych anegdotach z planów wielu filmów, lecz także o faktach z życia reżysera, o stosunku "Stanika" (jak nazywali go znajomi) do rzeczywistości. Jednak najczęściej w książce natykałam się na przykłady "bareizmów wiecznie żywych"- wiecznie obecnego języka, który niby to w sposób wyszukany, ale mimo wszystko ogłupiający potwierdza, iż filmy nie tracą na aktualności.
W warunkach rzeczywistości przedwrześniowej, na tle ogólnego regresu, tak ekonomicznego, jak i społeczno-politycznego i to zarówno w warstwie pryncypiów merytorycznych jak i w głęboko zacofanej warstwie sanacyjnej infrastruktury, szczególną nieudolnością i brakiem koncepcji, rysował się ogólny bilans białka, który to bilans jak powszechnie wiadomo, wyznacza tak kompetentność czynników odpowiadających za ekonomikę w każdym społeczeństwie jak i świadczy w sposób najbardziej widoczny jak sprawy te są zabezpieczone… 
I tak, nawiązując już nawet do wydarzeń, których reżysser nie doczekał, Maciej Łuczak przywołuje chociażby sytuację z pochówkiem rzekomych zwłok Stanisława Ignacego Witkiewicza. Ostatecznie okazały się one być... ciałem trzydziestoletniej kobiety. Albo inna perełka- niegdyś popularne telewizyjne konkursy audiotele. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię- były to konkursy, gdzie za śmiesznie proste pytania (z odpowiedziami wielokrotnego wyboru!) można było wygrać grube pieniądze. Wystarczyło zadzwonić, oczywiście za odpowiednią (słoną) opłatą do telewizji. Okazuje się, że 34 % osób miało problem z odpowiedzią na pytanie "czy babka wielkanocna to: roślina,  ciasto, a może budowla z piasku?" A Mistrz Bareja już dawno umieścił tą prawdę w serialu "Alternatywy 4":

Myśmy robili badania, okazuje się, że 60 procent osób nie rozumie dziennika- pada z ust towarzysza Winnickiego.

Gdyby się dobrze rozejrzeć, podobne nonsensy napotykamy na co dzień.
Ostatnio w urzędzie miasta pani odmówiła obsłużenia mnie, ponieważ podeszłam do niej z nie wypełnionym wnioskiem. 
- Myślałam, że może mi pani pomóc?- zagaiłam, "pókim dobrze wychowana" (znowu cytując Mistrza).
- ALe ja w tym czasie mogę przyjąć inne osoby!- pani się wzburzyła.
- Ale tu przecież nikogo nie ma! Nikt nie stoi w kolejce!
- Niestety. Bez wypełnionego wniosku proszę nie podchodzić.
Potem się okazało, że były tam do uzupełnienia trzy, może cztery rubryczki...

– Tak mówicie? A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tego domu wczoraj by jeszcze nie było, a dzisiaj już by był, to wy byście staruszkę przejechali, tak? A to być może wasza matka!
– Jak ja mogę przejechać matkę na szosie, jak moja matka siedzi z tyłu?

A czy muszę komentować w obecnych czasach bardzo znamienny postulat gospodarza domu przy Alternatywy, Stanisława Anioła?

Zanim przejdę do przedstawienia kandydatur do naszej nowej rady, chciałem państwa poinformować, że przed naszym zebraniem odwiedził mnie obywatel Winnicki, którego wszyscy dobrze znamy i zobowiązał mnie do przekazania wiadomości, że z góry akceptuje wszystkie wyniki naszych demokratycznych wyborów. Oczywiście jeżeli będą zgodne z naszymi oczekiwaniami. 
I tak dalej, i tak dalej. Mogłabym mnożyć przykłady, ale obserwacje rzeczywistości pozostawię Drogim Czytelnikom. Co więcej, jak widać, do wielu z tych sytuacji pasuje przynajmniej jeden cytat z filmów Stanisława Barei. Jak wiemy, gros z nich weszło do codziennego potocznego języka.

Marysiu! Cukru w cukrze! :) A tą scenę zapodałam uczniom jako przykład sytuacji co się dzieje, gdy uczepimy się samochodu jadąc rowerem... źródło http://www.ifrancja.fr/iportal/poszukiwany-poszukiwana-w-piatek-25-grudnia-w-itvn/#pid=4

































































Marysia, szczególnie mi bliska postać z wiadomych względów, często przychodzi do mnie w różnych cytatach, jak chociażby:

Marysia się ze mną ożeni!
(chodzi oczywiście o sam tekst, nie o to, że mam tyle propozycji matrymonialnych 😉)

A iluż ja znam "z zawodu dyrektorów"! Oj, znam... 😊 

 Kiedyś słyszałam o dobrym pomyśle- serwis smsowy z tekstem Barei na każdą okazję. Z chęcią sama bym się do tego najęła. Zastanawiam się tylko, czy każdy zrozumiałby cytowany fragment. O ile "klient w krawacie jest mniej awanturujący się" jest jeszcze  dla niewtajemniczonych w filmy zrozumiały, o tyle już na przykład "jezioro damy tu"- niekoniecznie. Kiedy ze wspomnianą już przyjaciółką raz poprosiłyśmy kelnera o "zestaw obowiązkowy" i spytałyśmy, czy nie "biją się o złotą patelnię", delikwent spojrzał na nas dość zmieszanym wzrokiem...

 Dlaczego nie fersteien?!! My wszystko fersteien! Proszę bardzo, Pan spocznie, Pan usiądzie, Pan poczeka, się załatwi!

Mistrz Stanisław do dziś śmieszy. Jego komedie są ponadczasowe. Dobrze, że nie walczą już z cenzurą, ale żyją swoim własnym życiem. 
Jednak do czasu przeczytania książki nie miałam świadomości, że drogę reżysera do jako takiego uznania w oczach krytyki ułożono z wielu przeszkód.
Dość powiedzieć, że na dyplom wydziału reżyserskiego musiał czekać 16 lat. Potem wielokrotnie napotykał na brak zrozumienia władz jedynej wówczas partii, chociażby ze względu na jego zamiłowanie do przedwojennych filmów muzycznych. Wprawdzie pozwalano mu je naśladować, ale krytycy nadawali mu najgorszą kategorię reżyserską. Podczas, gdy reżyser pierwszej kategorii dostawał 10 złotych od biletu, Stanisław Bareja dostawał jedynie 2. Niegdyś "bareizmem" nie określano wybitnych smaczków, absurdów dnia codziennego, ale elementy sztuki kojarzące się z bublem, z czymś kiepskiej jakości. Środowisko artytyczne także Pana Stasia nie rozpieszczało- zdarzali się koledzy, którzy podkradali jego pomysły do swoich filmów lub publicznie go krytykowali. Kiedy czyta się te zawiłe dzieje, aż trudno uwierzyć, że ten człowiek kręcił KOMEDIE. Tak, komedie. Które, moim zdaniem, tak naprawdę zyskały miano kultowych dopiero po śmierci reżysera w 1987 roku. Ponoć Stanisław Bareja zwykł mawiać: 

Żeby robić komedie, trzeba mieć zdrowie, a ja mam anginę pectoris.

Po lekurze książki nasunęła mi się pewna refleksja. Pan Stanisław nie miał łatwego życia, choć kochał to, co robił, nie poddawał się. Ale co najważniejsze- przyszło mu żyć w trudnych czasach. Absurdy, sytuacje, gagi przedstawione w jego filmach przydarzały się jemu samemu. Jego żona opowiada, że miał liczne zeszyty, gdzie spisywał najróżniejsze żarty, dowcipy, teksty. A jednak- stworzył jedne z najlepszych (jeśli nie najlepsze) komedie w dziejach polskiej kinematografii. Potrafił coś, czego nam w Polsce często brakuje. Miał DYSTANS. Miast skupiać się na skakaniu sobie nawzajem do gardeł, śledzić potknięcia przeciwników i wypominać im je szyderczo, śmiał się z nich serdecznie. 

Strasznie mi smutno, że już go z nami nie ma. Miałby dziś pełne ręce roboty... 

PS. To jest chyba mój najdłuższy wpis do tej pory, a i tak czuję, że nie wyczerpałam tematu. Nie da się po prostu! Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli w jego zgłębieniu, zwłaszcza autorom stron internetowych, które zawierają spisane teskty z filmów. Miłośnicy Stanisława Barei wszystkich kontynentów- łączmy się ! 😜 


















wtorek, 24 stycznia 2017

Pochwała nieperfekcyjności

Dwa tygodnie od Bożego Narodzenia nie zdążyły minąć, a mój dom już wyglądał jak stajnia Augiasza. Jakoś nie śpieszno mi do wielkich porządków, wiosny nie widać, motywacji brak, a sprzątam jedynie wtedy, kiedy przychodzi do mnie jeden uczeń. Hmm. "Sprzątam" jet w tym przypadku nadużyciem semantycznym, raczej zamiatam ścieżkę, którą młodzian ma od drzwi wejściowych do pokoju, gdzie odbywa się lekcja.

Nie pisałam dotąd o książkach, ale rok rozpoczęłam od fantastycznej lektury i pragnę się tym podzielić.
Magdalena Kostyszyn, "Ch...owa Pani Domu"





Magda Kostyszyn, w pewnych kręgach znana jako (delikatnie mówiąc) NIEPERFEKCYJNA Pani Domu, zapewniła mi rozrywkę i śmiech praktycznie na co drugiej stronie. Mówią o niej, iż uratowała tysiące Polek od presji bycia wzorową gospodynią, kobietą, matką, pracownicą. Za to pokochały ją nie tysiące, lecz śmiem twierdzić, że miliony! Mnie nie wyłączając.

Magda, podobnie jak inna bohaterka bliska wielu przedstawicielkom płci pięknej- Bridget Jones, jest wcieleniem wszystkiego, co nieidealne, a jednocześnie autentyczne i przez to dowcipne. Z tą jednak różnicą, że Bridget to postać fikcyjna, a Magda to kobieta z krwi i kości. Chętnie przybiłabym z nią piątkę!

Książkę pożyczyła mi koleżanka z pracy, jednak zanim rzuciłam się na to wciągające tomiszcze, śledziłam z przyjemnością profil na fejsbuku "Ch..owa Pani Domu". Wzruszają mnie niepomiernie zdjęcia lakierów do włosów w charakterze wałków do ciasta, lusterek samochodowych jako "toaletki na szybko", "choinek" utworzonych z górki prania przystrojonej świątecznymi lampkami oraz "obiadu śląskiego"- "ziemniaków z węgielkami". Mogłabym długo wymieniać. Mój ulubiony filmik to deska do prasowania przedstawiająca seksownego pana w koszulce, który pod wpływem ciepła żelazka koszulkę tę traci.:D

Sięgając po książkę zastanawiałam się- co jeszcze można było opisać? Czy opisy dadzą lepszy rezultat niż mówiące same za siebie fotografie wielu sympatyczek (i sympatyków!) tego portalu? Otóż można! Można zahaczyć o inne apekty bycia kobietą nieidealną.

Konia z rzędem dam kobiecie, która nie znajdzie siebie samej przynajmniej w jednym fragmencie, przynajmniej w jednej linijce tej książki. No, okej. Poza "Paniami Doskonałymi". Ale uwaga,  tu zaskoczenie- one także mają swój rozdział! Są poukładane, mają zawsze nienaganny porządek, fryzury, dzieci ogarnięte i uśmiechnięte,  "otwarty przewód doktorski" i co tam jeszcze. Aaa, już wiem- "K...a, nawet okres mają chamsko regularny!"

Dla mnie początek roku związany był z ćwiczeniem moich umiejętności jako kierowcy. Doszłam do wniosku, że jestem typową babą za kierownicą, w dodatki blondynką. W tym wypadku książka Magdy także przyszła mi z pomocą- obnaża mity dotyczące kobiet:  "Mit numer dwa: kobiety nie potrafią jeździć samochodem".  Pozwólcie, że zacytuję fragment, z którym identyfikuję się najbardziej: "Bez dopisku, że kobiety nie umieją także parkować, ten mit jest niepełny.
(PS. Potwierdzam, że w tych lusterkach ch...a widać)."

Jak łatwo zauważyć, autorka nie boi się mocnych stwierdzeń i słów (w oryginale występują w całości), ale moim zdaniem to tylko nadaje autentyczności jej wypowiedzi. Żadna tam uładzona i gładko uczesana Małgorzata Perfekcyjna. Żadne tam uciekanie od niewygodnych tematów. Trudności bycia kobietą, ale i uroki życia- bardzo podobały mi się fragmenty dotyczące dzieciństwa w latach 90. Widzę, że to obecne, kolejne pokolenie, choć tylko jakieś dwadzieścia kilka lat od nas młodsze, może mieć spore problemy ze zrozumieniem wielu smaczków tamtych czasów.
A skoro już przy dzieciach jesteśmy, zachwyciły mnie także rozdziały poświęcone matkom i byciu matką. Podejście, że posiadanie dzieci nie powinno oznaczać dla kobiety rezygnacji ze wszystkiego i że należy rozłożyć się na tarczy ostatecznego poświęcenia życia w imię bycia cierpiętnicą Matką Polką. Jak również to, co autorka przeżywa, gdy wypomina jej się, że przecież dzieci nie ma, w związku z czym na sto procent nie wie, "jak to jest". Ileż razy słyszałam (nie tylko od rodziców swoich podopiecznych), że jako osoba nie posiadająca dzieci nie wiem, jak je wychowywać. Otóż śmiem twierdzić, że w pewnych przypadkach wiem więcej niż niejeden długoletni rodzic. A jednocześnie podzielam zdanie Magdy, która swoje refleksje w tym temacie kwituje stwierdzeniem, że podziwia wszystkie matki. Ja także, w cichości serca, choć często z wieloma rodzicielkami się nie zgadzam, to jednak bardzo mam dużo dla nich szacunku.

Aby nie zostawić Was z całą treścią książki, a jedynie zachęcić do jej lektury, przytoczę na koniec "Cztery rodzaje ćwiczeń dla opornych". Zaraz wybieram się na tańce, ale przecież w domu mam tyle okazji do dbania o kondycję fizyczną: "Przysiady przy lodówce", "Trening kettleball na balkonie", "Stretching dla zaawansowanych", "Vinyasa joga pod prysznicem". Do tego zestawu dodałabym jeszcze swoje ćwiczenia: "Slalom pomiędzy brudnymi ubraniami na podłodze w łazience", "Rozciąganie przy zamiataniu małą zmiotką", "Typowy slide przy desce do prasowania" (najlepiej z tym seksownym panem ;) ). Ja swoje muszę opatentować, a po opisy wcześniejszych zapraszam do książki Magdy Kostyszyn.

Jak również po inne fantastyczne teksty. Niech żyje nieperfekcyjność!!!

PS. Magda prowadzi także bloga venilakostis.com, którego także Wam polecam!