piątek, 2 grudnia 2016

Taką zimę kocham

Trafiłam dziś do bajki. Decydując się na przejście przez działki w drodze z metra do domu nie wiedziałam, że z ulicy wchodzę w zupełnie inny świat. 
Cisza, spokój, pusto wszędzie. Idę, a przede mną uginające się gałązki krzewów z dwóch stron alejki łączą się razem w niby bramę. Między gałązkami przelatują sikorki. Na czerwonych i czarnych kuleczkach bzu i róży zwisają sople. 
Idę sobie tymi dróżkami i wcale nie jest mi zimno. Biała pierzynka sprawia, że czuję się spokojnie. Zupełnie, jakbym nagle ze środka miasta trafiła w środek spokojnej wsi. Przypominają mi się dziecięce spacery po ukochanym Adamowie.  Czuję wdzięczność, że jest mi ciepło i że niczego w tej chwili mi nie brakuje.
Nagle orientuję się, że śnieg tak bardzo zasnuł drzewa na działkach, że ciężko będzie mi określić alejkę, w którą powinnam skręcić, aby wyjść na ulicę. Ale wiecie co? wcale mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Poczułam chęć zgubienia się w tym baśniowym labiryncie...:)
W tej baśni jestem królewną, która przechadza się po białym puszystym dywanie. Drzewa przygniecione śniegiem niczym poddani kłaniają mi się po drodze. Odwiedzam mieszkańców królestwa, którzy mieszkają pod różnymi adresami. Są piękni, ale nie są ludźmi.

 Mam ostatnio takie postanowienie, że będę się więcej uśmiechać. Do obcych ludzi. Zauważyłam, że wbrew pozorom zrobiłam się introwertyczką. Kiedyś uśmiechałam się więcej (o czym z resztą już tutaj pisałam). Teraz ciężko mi się przełamać wśród obcych ludzi. Od kilku dni próbuję wcielić w życie plan, aby uśmiechać się do nieznajomych mi osób. Jest to trudniejsze, niż myślałam. Nie tylko z powodu pewnej nieśmiałości (owszem- nieśmiałości), ale może bardziej dlatego, że coraz mniej chce mi się uśmiechać.
Dziś Pan Bóg dał mi całkiem konkretny powód do uśmiechu. Sami widzicie :)
PS. Dziękuję Dominice za inspirację ze zdjęciami i Joli za pomysł z uśmiechem :)

czwartek, 17 listopada 2016

Speed dating też przetestowałam

Ponieważ zasoby internetu mnie nie powaliły, postanowiłam w ramach ćwiczeń w konwersacjach damsko- męskich (które to ćwiczenia zalecają specjaliści w domenie uwodzenia), przejść się na imprezę zwaną speed datingiem.
Zasada jest prosta: kilkanaście babeczek siedzi, w tym samym czasie mniej więcej tyle samo facetów zmienia co jakiś czas miejsce i w ten piękny sposób każda niewiasta ma okazję porozmawiać z każdym kawalerem. W trakcie można prowadzić notatki, a na koniec każdy uczestnik zaznacza, z kim chciałby kontynuować znajomość. Jeśli wyniki się pokryją (tzn mężczyzna wybierze kobietę, któa go także wybierze), to organizatorzy imprezy wysyłają randkowiczom kontakty do siebie.
Po pierwszym razie wybrało mnie 6 facetów, ja wybrałam 4... zupełnie innych.
Drugi raz poszłam na randki po angielsku. Było kilku zagraniczników, zaznaczyłam 3, mnie zaznaczyło 6, jeden wybór się pokrył. To był sympatyczny Polak z brodą. Niestety, nigdy do mnie nie napisał.
Generalnie miałam bardzo dobre zdanie o tych spotkaniach. Kontakt bezpośredni jest jednak nieoceniony, a przecież nie od dziś wiadomo, że 90% przekazu komunikacyjnego jest niewerbalne. Pomyślałam sobie, że faceci, którzy tam chodzą dużo lepiej wypadają wobec swoich kolegów, którzy w internecie zamieszczają sfotoszopowane portrety i udają generalnie rzecz biorąc greckich bogów. Ci wyszli z domu, PODJĘLI WYSIŁEK, wyszli z inicjatywą. Pokazali się tacy, jacy są (przynajmniej wizualnie). Wielu z nich przyznawało się, że są nieśmiali. Naprawdę doceniłam to, że pokonali tą nieśmiałość, lenistwo, wygodę, czy Bóg wie, co jeszcze. Kiepskie wyniki nie zraziły mnie. Pomyślałam, że to super, że jest okazja do rozmowy. Z wieloma z tych chłopaków bardzo chętnie bym się zaprzyjaźniła.
Nie poddawałam się.

W ramach pracy nad sobą postanowiłam następnym razem pójść na randki z ankietami. Procedura jest taka sama, przy czym dodatkowo wypełnia się ankietę o osobie, którą się poznało. Twój rozmówca także wyraża swoją opinię o Tobie. Postanowiłam wziąć byka za rogi i dowiedzieć się nieco o sobie.  W końcu mając opinię z drugiej strony barykady dowiem się, jak jestem postrzegana albo  co ewentualnie powinnam w sobie poradzić. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Z samej imprezy wróciłam w szampańskim humorze; dawno się tak nie ubawiłam! 

Przede wszystkim muszę wspomnieć jednego kandydata- pół Greka. Zaczął rozmowę ze mną od tego, że "może mnie kiedyś do Grecji zabierze", następnie stwierdził, że "właśnie nagrał płytę" i że ma nadzieję wydać jako pierwszy signiel piosenkę pt. "Love Begins With Sex"- "I już wiesz, jaka jest moja osobowość"- dodał z błyskiem w oku. Następnie oznajmił mi, iż ma nadzieję zostać niegdyś okrzykniętym "największym hedonistą świata". Przez większość rozmowy mówił tylko o sobie. Zastanawiałam się, czy nie jest jednym z tych, którzy na speed dating przychodzą po to, aby obśmiać innych, gdyż jego zaabsorbowanie sobą i własną cudownością (wątpliwą) nie pozostawiło miejsca na nic z mojej strony (może poza westchnięciem). Kiedy był przestój i Apollos współczesnego hedonizmu nie miał partnerki do rozmowy, włączył na cały zycher tableta i zaczął śmiać się w niebogłosy. Szczerze mówiąc, nawet dzieci u mnie w klasie chyba nie wpadłyby na taką formę desperackiego zwrócenia na siebie uwagi.

Na szczęście byli inni i w trakcie imprezy wydawało mi się, że chętnie jeszcze bym się z nimi umówiła.
Kiedy wypełniałam ich ankiety, starałam się raczej miłe rzeczy pisać, np. nie zwracałam uwagi na to, że ktoś ma zeza albo że ma obleśne brodawki na twarzy. Za to wygląda na to, że panowie byli naprawdę mocno bezkrytycznie do siebie nastawieni. Niektórzy chyba myślą o sobie, że są Adonisami wynurzającymi się z boskiej piany. 
Po imprezie dostałam ankiety na swój temat. Z pewnym drżeniem otworzyłam tą kopertę. "Miła", "ładna", "sympatyczna", "uśmiechnięta", "pozytywna", "otwarta", "pozytywnie zakręcona". Czyli nie jest źle.
Natomiast padło kilka takich stwierdzeń, przy których ubawiłam się jeszcze lepiej niż przy greckim herosie. Oto "the best of" z opinii o mnie:

 -jako rada dla mnie- "Może bardziej kolorowo się ubieraj". Yyyyy (miałam granatową bluzkę, czarne obcisłe spodnie i kozaki). Na co dzień noszę się aż nazbyt kolorowo. Ale ok. Pan wyszedł z założenia, że zawsze noszę się na ciemno.

-uwaga co do mojego ubioru: "chyba trochę za elegancko, bez wow", rada od tego pana:" brak- powodzenia :) " ( to "powodzenia"- jakby mnie ktoś w mordę strzelił, "będziemy z panią w kontakcie" :/). "Bez wow"? Znaczy że co? za mały dekolt, za mało odsłonięte uda, czy tak, proszę pana?

- kolejny randkowicz- "co rzuciło ci się najbardziej w oczy"- pozytywne- "otwarta", negatywne "zmęczona nieco", ubiór- "Ciekawe nawet", fryzura (miałam rozpuszczone włosy)- "średnia, ale sam nie wiem, trzeba lekko ułożyć"; słabe strony wyglądu- "lekkie zmarszczki " (obśmiałam się ) i najlepsze- rada dla mnie od tego Belomonda: "trochę energii, spróbuj poflirtować". Pan przeprzystojny nie wpadł na to, że nie próbowałam z nim flirtować, ponieważ... może po prostu nie było z kim...?

- inny pan na pytanie o fryzurę napisał "gra" (ostatecznie wolę, żeby fryzura grała, niż żeby miała tanczyć...); kultura osobista- "RACZEJ wysoka", mocne strony osobowości- "RACZEJ ineligentna osoba". Rozumiem. Blond włosy zawsze dają ten dreszczyk niepokoju i suspensu. "Warta poznania" (Warszawy też warta?) 

- i wreszcie jedna z najlepszych, podejrzewam o nią Pana, Co Udawał Greka- pierwsze wrażenie pozytywne- "wyważona", negatywne - "zbyt sztywna", rada- wpisał w cudzysłów, jakby sam siebie cytował (nowy Paolo Coelho, niech go szlag)- "Więcej luzu". Tak. Zdeycodwanie siedziałam z kijem w tyłku i związana niewidzialną linią stresu przy tym boskim okazie.

Bezpośrednio po randce mój nastrój się podniósł; umiałam śmiać się z tych różnych zabawnych przypadków.
Zaznaczyłam 5 panów, którzy wydawali mi się porządni dobrze wyglądający, uśmiechnięci..... wszystkich było 14.
Moje dobre samopoczucie utrzymywało się do nastepnego poranka, kiedy to przyszły wyniki. 4 mnie wybrało, w tym brak wspólnego wyboru. Zaczęłam podejrzewać tą firmę, że nabijają sobie klientelę.
Czy spróbuję jeszcze? Być może.
Ale cudów się nie spodziewam.

PS. Miało być na śmiesznie, ale jakoś dziś nie wyszło. Sory.

piątek, 11 listopada 2016

Wódka czy melisa...


Spełniając swój patriotyczny i niełatwy obowiązek niesienia kaganka oświaty, po wieczornym sprawdzaniu prac młodzieży stwierdzam,co następuje:
- dokonałam przeglądu leksykonu przekleństw polskich w praktyce,
- mimo śniegu na dworze jest mi gorąco,
- mam zdecydowanie za mało alkoholu w lodówce,
- chyba jednak mówię za cicho lub za mało dobitnie w klasie,
- dobrze, że mam w domu chociaż wiśnie w likierze,
- dobrze, że mieszkam sama,
- nawet jak pochowają mnie w Alei Zasłużonych, na nagrobku napiszą "Bo to zła nauczycielka była".

Dobrej nocy i hepi indipendens.
M.

poniedziałek, 10 października 2016

Droga Polko, Drogi Polaku

Droga Polko, Drogi Polaku,


Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Pisania Listów. Zastanawiałam się, do kogo chciałabym napisać list. Zwłaszcza w czasach, gdy listy już dawno nie są w cenie. W każdym razie- nie te tradycyjne.

Piszę do Ciebie, droga Polko, drogi Polaku. Jesteś być może moim znajomym, a może przypadkowo spotkaną na ulicy, w tramwaju, metrze osobą. To ma mniejsze znaczenie Jesteś moim Rodakiem.  Obojgu nam "żyć przyszło w kraju nad Wisłą". 
Pozwól, że pozostanę przy męskiej formie. Nie dlatego, że jestem "politycznie niepoprawna", czy że "zdominował mnie patriarchat", ale dlatego, że taki jest język polski i tak jest łatwiej. Po prostu.

Pragnę zaznaczyć, że nie chcę nikogo tym listem obrazić. Naprawdę. Wręcz przeciwnie.
Niecierpię polityki i o niej tu nie będzie. 

Jednak coraz częściej obserwuję, że Polak Polakowi wilkiem, katem, sędzią. Zbyt często widzę hejt w sieci, na ulicy, w oczach ludzi.
Moje czy Twoje poglądy nie mają tu nic do rzeczy. Ataki i brak kultury widać z każdej strony.

Dlaczego większość ludzi zakłada, że jeśli nie jestem z nimi, to na pewno jestem przeciwko? Dlaczego jeśli nie wyrażam swoich poglądów otwarcie to na bank kibicuję opcji " z naprzeciwka"?  Czy wszystko jest tylko czarne albo białe jak osławione dwa protesty z zeszłego tygodnia?

Wszyscy jesteśmy synami i córkami tej ziemi. Łączy nas tak wiele- historia, kultura, bohaterowie, zabytki, przyroda... Łączy nas także przyszłość tego kraju. Dlaczego  światła są skierowane tylko na to, co nas dzieli?

Droga Polko, drogi Polaku. Nie patrz, proszę, wilkiem na mnie. Nie wiesz, przez co przeszłam, kim jestem, co sądzę o aborcji, wierze, równości, żołnierzach wyklętych. Niezależnie od wszystkiego- uśmiechnij się do mnie, kiedy przechodzę koło Ciebie w metrze. Pomóż mi otworzyć drzwi, kiedy dźwigam ciężkie siatki. Uciesz się drobnymi rzeczami każdego dnia. Wykonaj swoją pracę dobrze, bądź wierny w swoich obowiązkach- to też jest patriotyzm. Bądź dobry dla dzieci, bo one są przyszłością naszego narodu. Nie narzucaj mi swojego zdania. To, że myślę inaczej niż Ty nie znaczy, że jestem zła, nienormalna, opętana, średniowieczna, postępowa (wypowiedziane z ironią), niemoralna, zindoktrynowana, niemyśląca - niepotrzebne skreślić. 

Mam prawo do własnego zdania, podobnie jak i Ty.

Powyższe słowa kieruję także do siebie wobec Ciebie, droga Polko, drogi Polaku.

Szanujmy się nawzajem. Tylko tyle i AŻ tyle.

Z poważaniem,
Polka.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Oto dlaczego nie przekonałam się do randek z internetu


Współczesne dziewczęta należące do tzw. starszej młodzieży muszą czasami odwołać się do nowoczesnych środków komunikacji, aby poznać miłego pana.
Od jakiegoś czasu wysłuchiwałam historie koleżanek, które z większym bądź mniejszym powodzeniem umawiały się na randki z internetu. W akcie desperacji pewnej nocy wykupiłam miesięczny abonament w pewnym serwisie, którego nazwę litościwie pominę.
Z łącznie trzech panów, którzy odezwali się do mnie, na spotkanie wybrałam tylko jednego. Może dlatego, że napisał coś więcej niż „cześć”, „Dzień dobry” lub „J”. Choć nie powiem- miał chyba jedną wersję dla wszystkich panien: „Czy na żywo też jesteś taka urocza? Masz piękny uśmiech i powinnaś się jak najczęściej uśmiechać”. Przyjrzałam się swoim zdjęciom. Uśmiechałam się raczej lekko. Ale dobrze, niech będzie: „Na żywo jestem jeszcze bardziej urocza” odpowiedziałam i umówiliśmy się, jak wszyscy „prawdziwi warszawiacy” pod Rotundą.
-                     Ja to bym się przeszedł. A tyyyy?- zapytał po przywitaniu niewysoki jegomość, który na zdjęciach jednak zdawał się wyższy. A w każdym razie centymetry, które podał wskazywały na to, że jest wyższy ode mnie... a nie niższy.
-                     Ok...- odparłam nieśmiało, mając nadzieję na to, że jednak w pewnym momencie usiądziemy gdzieś kulturalnie, bo poznawać wolę człowieka twarzą w twarz, a nie- ramię w ramię. Zwłaszcza, kiedy sakramentalne „A tyyyy?” ( z przeciągnięciem frazy na „yyyyy”) pada poprzez wyrazisty zwrot przez ramię i zaatakowanie twarzą mojej twarzy.
-                     Ale nie złożysz na mnie reklamacji?
-                     Ale jak to?- zapytałam zdziwiona, myśląc, że jest odpowiedni dział życzeń i zażaleń. Ależ nie, mój towarzysz miał na myśli dział reklamacji firmy ubezpieczeniowej, której był pracownikiem. Zrozumiałam to z kontekstu, kiedy internetowy amant tak bardzo snuł swoje opowieści o reklamacjach na niego spływających, że nie zauważył, jak czasami otwierałam usta w celu powiedzenia czegoś.

Zatem- przeszliśmy się. Ja chodzić lubię i sam marsz nie przeszkadzał mi, jednak zajrzałam na zegarek, kiedy po raz pierwszy poczułam się zmęczona. Nie spacerem. Towarzystwem.
Rozmowa skierowała się na moje życie zawodowe. Poinformowałam jegomościa, że pracuję w szkole. Wyraziłam się ogólnie o dzieciach, że bywają różne, niektóre niesforne i nieujarzmione.
-                     A tyyyyy?- padło tradycyjnie, z atakiem twarzy przez ramię.
-                     Co ja?
-                     No, jaka jesteś? Niesforna, nieujarzmiona?

O losie, to się nie dzieje naprawdę...

Po chwili konsternacji padło:
-   Wiesz, ja to lubię zadawać pytania NA POMYŚLENIE. A ty lubisz, jak ci ktoś zadaje pytania?
-   Wiesz... Ja po prostu lubię rozmawiać- odrzekłam skromnie, skrzętnie korzystając ze swojego czasu antenowego.
-   A to ja lubię, jak ktoś lubi odpowiadać na pytania, bo na przykład denerwuje mnie to, kiedy spotykam się z kimś, dajmy na to- tak jak ja z tobą teraz i ja zadaję pytania, a ta druga osoba milczy albo tylko odpowiada na moje pytania albo odpowiada krótko i...
Nie no, nie wierzę. Teraz będzie mi wyświetlał film pt. „Moje przygody z pannami z portalu”? Zachowałam jednak zimną krew:
-                     Wiesz, no.. Musisz wziąć pod uwagę kontekst... Ja akurat nie mam z tym problemu, ale rozumiem, że ktoś może się czuć w takiej sytuacji jak ta zestresowany...

      Ha! Punkt dla mnie. Jego „pytanie na pomyślenie” skończyło się moją odpowiedzią na pomyślenie.

         Dalej jednak było już tylko gorzej. Opowieści ciąg dalszy:

-   Ja to tak bym chciał się ustatkować i mieć dzieci gdzieś koło czterdziestki.... A tyyy?
-   Co ja?
-   No... u ciebie do czterdziestki bliżej przecież.

Yyyy. No... nie da się ukryć. Spoko, mój wiek nie jest dla mnie powodem kompleksów.
-   Tak, wiem, jestem starsza od ciebie.
-   No właśnie, jak to możliwe?
-   Ale co?
-   No, że jesteś starsza, a wyglądasz młodziej?

         To zdaje się komplement przeleciał rykoszetem w przestrzeni otwartej. Ale dziewczyna się nie zorientowała.

         Dalsze perełki:
-               Ja to do pracy wstaję za dwadzieścia czwarta, pracuję od 6.
-               Ale chyba wcześniej kończysz?
-               No, czasem nawet o 18.
-               Ale przecież to niezgodne z prawem!
-               No, u nas pracuje się na godziny. Tyle, ile godzin wypracujesz, tyle zarabiasz.
-               No, ale... Jesteś w stanie tak pracować do 18? Przecież po 16 już pewnie nie masz siły?
-               Ee, po 16 to ja już nie pracuję. Po 16 to ja już tylko kabarety i filmiki z internetu oglądam i śmieję się do siebie jak głupi.

         To tyle, jeśli chodzi o zainteresowania pana. Wyznał także, że studia kończył zaoczne i nie bardzo go interesowały. Za to przyznał, że władze jego uczelni w rodzinnym mieście „interesowało tylko to, czy płacisz”.
        
         Oczywiście praca także nie jest jego pasją. Chętnie by ją zmienił, ale widać woli po 16 rozwijać swoje hobby, zamiast wysyłać nowe CV. Pomijam fakt, że pracuje na drugim końcu miasta w stosunku do końca, na którym mieszka. Ale przecież po co się przeprowadzać.
        
         Cóż... cierpliwie słuchałam, coś nawet od siebie opowiadałam. Tolerancyjnie podeszłam do sformułowań kaleczących język polski w stylu „ poszłem”, „wyszłem”, „letko”, a przy „mojemu bratowi” myślałam, że się przesłyszałam, ale nie- ten związek wyrazowy został powtórzony i przyprawił mnie o więdnięcie uszu. Dobra, myślę sobie- nie bądź językową purystką. Wszak w mężczyźnie odpowiednia forma wyrazowa nie jest najważniejsza. Przyszedł jednak czas na gorzką wisienkę na tym skapcaniałym torcie.

-               Ja to bardzo nie lubię chodzić z moją mamą na zakupy.
-               O, ja też bardzo nie lubię zakupów. A co, chodzisz z mama na zakupy, kiedy jesteś w...- tu wymieniłam nazwę jego rodzinnego miasta, niegdyś wojewódzkiego!
-               Nie, tutaj z mamą chodzę na zakupy. Bo ja mieszkam z mamą.

         Ooo, koleś. To już wiem, że pożegnamy się bez szans na następne spotkanie. Trzydzieści trzy lata i na garnuszku mamusi... Możesz o mnie zapomnieć tak szybko, jak ładuje ci się filmik na youtubie.
-               Ale... Nie przeszkadza ci to? Ja na przykład już bym nie była w stanie mieszkać ze swoją mamą. – próbowałam  podać pewną aluzję.
-               No, nie, nie narzekam...- jak masz uprane, poprasowane, ugotowane i pozmywanie, to spróbuj ponarzekać, gościu..- No wiesz, przecież jej nie wyrzucę...
-               Nie musisz wcale jej wyrzucać. Sam się możesz wyprowadzić.- nie dawałam za wygraną.
-               No, ale nie wiem, czy by sobie poradziła finansowo...

         Nie miałam już zbytnio ochoty dyskutować, że zawsze można mamusi kochane pieniążki przesłać; po prostu nie było sensu. Teraz najważniejsze stało się dotarcie do najbliższej stacji metra.
         Niestety. Była daleko.

         Opowieść snuła się (dosłownie!) dalej.
-               Wiesz, jak pracowałem w moim rodzinnym mieście, to jeździłem jeszcze samochodem, zanim mi go skasowali. I...handlowałem zielonymi!!!
-               Czym?
-               Aha! To jest moje słynne pytanie na pomyślenie! No pomyśl, co jest zielone?
-               No nie wiem- dolarami?
-               Nie!- brzmiała pełna zachwytu nad sobą odpowiedź.
-               No to nie wiem... Marihuana?
-               Nie! A pomyśl, co jesz codziennie... no, prawie codziennie i jest zielone?- skąd on wie, co ja jem codziennie albo prawie codziennie?
-               No... ogórki?
-               Tak!! Warzywami handlowałem! To właśnie było pytanie na pomyślenie!

To taka próbka poczucia humoru pana...

Wreszcie nadeszła upragniona stacja metra. Pożegnaliśmy się kulturalnie. Z rozpędu powiedziałam „do zobaczenia”. Z ulgą zeszłam na peron. I kiedy kilka dni później dostałam wiadomość o treści:  „ Miło było cię słuchać i miło by było spotkać się znowu z taką uroczą dziewczyną. Co ty na to, abyśmy wymienili się numerami telefonu?” – jedyna odpowiedź, jaką miałam w myśli (a której ostatecznie nie przesłałam wcale) brzmiała: „....or not???”

środa, 29 kwietnia 2015

Rozmowa Nikogo z Każdym

Wracam po przerwie:)
Tłumaczę się tym, że teraz literacko wyżywam się na moich ukochanych warsztatach twórczego pisania. Przeszłam już edycję warsztatów na temat tworzenia bestsellera, następnie uczyłam się pisać opowiadania, obecnie zajmujemy się dramatami. Doszłam do wniosku, że parę dobrych tekstów, które udało mi się popełnić zamieszczę tutaj dla szerszej publiki:)
Na sam początek dzisiejszy owoc ćwiczeń z zakresu teatru absurdu.
Miłej lektury! :)
M.

Rozmowa Nikogo z Każdym

NIKT
Kwadratowe stoły nie umieją latać.
 
KAŻDY
Kupmy ten drewniany, z Ikei.

NIKT
Ee tam. Tam pomidory sprzedają skrzydła za bezcen.

KAŻDY
Ja jednak bym sprawdził. Co nam szkodzi?

NIKT
Myślę, że twoje ambicje uśpiły wszelkie instynkty przyrody.

KAŻDY
Ale ja lubię stoły z Ikei. Z czym masz problem?

NIKT
Z tym, że kwadratowe stoły nie umieją latać. A poza tym mają nogi z marchewki.

KAŻDY
Zaproponuj zatem jakiś kompromis.

NIKT
Hmm... To ja teraz pójdę się rozchorować, a ty w tym czasie pozmywaj naczynia.

KAŻDY
No dobrze. Niech ci będzie.

 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Poszukiwanie pracy

Nie bez powodu mówi się, że poszkiwanie pracy to jak praca na pełen etat, tyle że niepłatna.

Nie od dzisiaj również wiadomo, że w Polsce poszukiwanie pracy nie należy do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych zajęć.

No bo weźmy na ten przykład poszukiwanie pracy na stanowisko nauczycielki przedszkola.

Ogłoszeń- jak na lekarstwo. 

Na portalach z ogłoszeniami wpisuję "nauczyciel wychowania przedszkolnego" oraz "województwo mazowieckie"- termin dość szeroki, ale "Mokotowa" w spisie nie było.

Już po kilku sekundach moim oczętom przejętym ukazują się oferty z następujących miejsc:
Powiat legionowski, Grójec, Białołęka, Wesoła, Konstancin, Milanówek, Bemowo....
A mówili, że praca jest W WARSZAWIE ?? A podobno lepiej się sprzedają te mieszkania "Bliżej Centrum"??? ależ czemu, pytam się? skoro do pracy powinnam jechać, że tak powiem- prawie pod miasto?? (w niektórych przypadkach pojęcie "województwa mazowieckiego" zasięgnęło Płocka, Radomia, a jedna oferta rozszerzyła owe województwo nawet na... Świnoujście(?!?)).

No dobrze. Przyjmijmy, że trzeba się zadowolić peryferiami, jak się już ma to szczęście mieszkania blisko Śródmieścia. Skoro lokalizacja już jest i wstępna selekcja została poczyniona, przyjmijmy się samym ofertom.

Oczywiście zdarzają się śladowe ilości ogłoszeń mających faktycznie "nauczyciela wychowania przedszkolnego" w tytule. Natrafiłam również na kilka ofert tłumaczeniowych, trenerów szkoleń, lektorów angielskiego.

Jednakże ku mojemu zdumieniu, moim oczom ukazały się również oferty o tytułach: "hostessa", "masażystka", "pani na prywatkę" i najlepsza- "telefonistka". Aha, no tak, w kategorie wyszukiwania wpisałam również "media/sztuka/ rozrywka" (bardziej z ciekawości, bo raczej tam dla przedszkolanek nic nie mają;). Charakter tych ogłoszeń z mediami ma raczej niewiele wspólnego, niewątpliwie są sztuką same w sobie (biorąc pod uwagę sposób ich zredagowania), no i niewątpliwie zaliczają się do kategorii rozrywki- pań, które będą rozrywać, no i czytelnika, który te perełki ogarnie wzrokiem i miejmy nadzieję intelektem.

I tak, "pani na prywatkę" ma obiecane "super zarobki". "Masażystka" jak się okazało także wybierze się na prywatkę gdzie dostanie podobny "super zarbek" i to w dodatku "często"!!! Do ogłoszenia "Panie na stałe lub dorywczo" już nie odważyłam się zajrzeć. Jednak "telefonistka" zafrapowała mnie. Tym bardziej, że była zaraz obok poprzednich "pań", no i podpisał się znowu enigmatyczny "klient portalu xxx" (swoją drogą użycie tych trzech liter w tym przypadku wydaje się aż nader pasujące...). Zatem potencjalna "telefonistka" w swoim anonsie przeczyta: "AaaaaaaaaaaaaaTelefonistkę na prywatkę podstawy języka angielskiego". Hm. O ile mi wiadomo, sformułowanie "Aaaaaa" podawało się do gazet w formie papierowej, gdzie ogłoszenia umieszczano alfabetycznie i żadna wyszukiwarka nie była wtedy możliwa. Było to w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. To raz. Dwa.... telefonistka na prywatce... Może miałaby łączyć rozmowy z korporacjami taksówkowymi dla co mniej trzeźwych uczestników "prywatki" (swoją drogą to słowo kojarzy mi się raczej ze slangiem młodzieży lat osiemdziesiątych- maksymalnie osiemdziesiątych). No i wreszcie te "podstawy języka angielskiego". No tak, w sumie do telefonu potrzebne i zawsze uniwersalne będzie niewątpliwie "Hello!"- a to już wszakże podstawa tegoż języka, czyż nie?

Uff...
Przyznam, że szperanie po ogłoszeniach o pracę tudzież portalach związanych z poszukiwaniem pracy zajęło mi około dwóch godzin. Wstałam od komputera i poszłam sobie zrobić herbaty... A czułam się tak zmęczona, jakbym osiem godzin orała ugór...

A może bardziej opłacało się zostać telefonistką? W sumie podstawy angielskiego już mam. Na "prywatkach" czy też imprezach bywałam. Może w necie są kursy na telefonistkę? aaaaaaaaaa...?