poniedziałek, 24 lutego 2014

Szczęścia najlepiej szukać w "nieszczęściu"

Ileż można narzekać?
- Świeci dziś piękne słońce.
- Jestem zdrowa.
- Mam dach nad głową i podłogę pod stopami.
- Mam co jeść i pić.
- Żyję w wolnym kraju.
- Mam rodzinę i przyjaciół, do których zawsze mogę zadzwonić.
- Dziś idę na spotkanie z przyjaciółką serdeczną.
- Mam ferie :) i mogę wreszcie robić, co mi się żywnie podoba.
- Uwielbiam czytać i pisać i to też dziś robiłam.
- Mam pracę i stały zarobek.
- Właśnie natrafiłam na cały album The Beatles z ich najlepszymi piosenkami na youtubie. Jak dobrze, że jest youtube! (i ciągle jeszcze za darmo) Jak dobrze, że jest muzyka na tym świecie...
- Mam wiarę, która mnie podtzymuje i daje nadzieję.

To tylko mały fragment, bo rzeczy, z których się cieszę jest znacznie więcej. Ale dziś czuję się dobrze chociażby z tych kilku powodów.

Mając to wszystko wiem, że niektóre kwestie oczywiste dla mnie są jednocześnie marzeniem tak wielu innych ludzi. Co więcej, mam je na co dzień i gdyby ich zabrakło, dopiero mogłabym mówić o nieszczęściu. A tak- jestem naprawdę "bogata"- tym,co mam. Obym nigdy nie przestała tego doceniać...

poniedziałek, 17 lutego 2014

Najszybsze korki z angielskiego, jakich w życiu udzieliłam

Nie ma to jak siedzieć miłym popołudniem słonecznym w ulubionym autobusie 172 i podczytywać "The Great Gatsby"- w oryginale, się ma rozumieć.
Siedzę ja sobie i zgłębiam treści sielskie angielskie, kiedy to na Dolnej ulicy przez szybę dopatruję dwóch jegomościów z butelczynami o zawartości co najmniej wyskokowej.
- Ty, weź ogarnij przystanek, na którym wysiadamy. Zastaw tą kobietę!

Tą kobietę zastaw? doszło do resztek mojej zaczytanej świadomości. O. Siedzę na poczwórnym siedzeniu sama, jestem kobietą, pusto tu jakoś, słychać wtaczające się kroki...

- Dzień dobry pani!

Dobra, tylko zimna krew.

Jeden jegomość - szczupły Blondynek Z Ukruszonym Zębem siada koło mnie, drugi- taki okrągłych raczej rozmiarów Miś- naprzeciwko. Ten z naprzeciwka zapuszcza żurawia w stronę mojej okładki.

- O, pani czyta. O...to po angielsku. Mamy nadzieję, że pani nie przeszkadza, że my tu z butelką.
- Mi nie, ale to chyba nielegalne...
- Eee, yy, ale jak to? tak troszeczkę tylko. A pani dobrze umie po angielsku?
- No, raczej dobrze.
Tym razem Blondynek Z Ukruszonym:
- O, ja trochę pamiętam: Maj nejm ys.. Janek. Du ju spik inglisz?
- No brawo.
Tu wtrąca się Miś:
- A daje pani lekcje angielskiego?
- No, tak... - zaczęłąm nieśmiało, zastanawiając się, czy już powinnam żałować swojej szczerości...
- Ołpen... klozed- kontynuuje Blondynek Z U.
- To może nam pani da lekcje angielskiego?
- Yy.. ale już mam lekcje angielskiego...
Blondynek:- Gudbaj, to też pamiętam.

Nieśmiało skłoniłam swój niewinny wzrok w książkę, udając, że nic mnie nie zraża, a panowie w tym momencie podnieśli się z siedzeń, aby wysiąść przy Parku Dreszera.
- Gudbaj! Gudbaj!- mówili obaj.

Odetchnęłam niejako z ulgą.

Już, już miałam się zatopić w dalszych losach Wielkiej Prohibicji, kiedy spostrzegłam, że autobus będzie skręcał wprost przed moimi nowymi niedoszłymi uczniami. Nie wiedząc, gdzie podziać oczy, dziarsko spojrzałam w stronę Blondynka i Misia.

- Gudbaj! Gudbaj!- krzyczeli na całą Puławską, a machanie chyba widać było aż w Piasecznie:)

These two boys just made my day! :)

PS. Strach pomyśleć, co by było, gdybym czytała książkę po francusku...

Efekt motyla i bumerang uśmiechu

Pamiętacie mój wpis o uśmiechu? (na samym początku bloga, 10 pażdziernika 2009 r.).

To niesamowite, jak usmiech wraca. W czerwcu tego roku rozmawiałam z pewną osobą o wpływie, jaki wywieramy na ludzi. Osoba ta twierdziła, że jest tylko "zwykłym kimś" i "nie widzi, co mogłaby zmienić w życiu innych ludzi".

Natychmiast przypomniała mi się tamta sytuacja.
Powiedziałam: - Znasz pojęcie efektu motyla?
- y... Film z Ashtonem Kutcherem? :)
- Tak, lecz nie tylko to. Trzepot skrzydeł motyla w Lasach Amazonii może wywołac burzę w Afryce.-Zaraz też opowiedziałam o tym, jak mój nieświadomy uśmiech polepszył humor przypadkowo spotkanej starszej pani.- Nigdy nie wiesz, jak twoje zachowanie, dla Ciebie nawet naturalne i oczywiste, może pomóc czy wzbogacić innego człowieka.
Osoba, z którą rozmawiałam przyjęła moją historię (choć nie wiem, czy udało mi się ją przekonać) i dalej poszłam już sama do autobusu.
Było mi bardzo smutno tego dnia. Jechałam w zamyśleniu, aż przysiadła się bardzo elegancka starsza pani. Zawsze podziwiam takie panie, chciałabym też kiedyś być taką staruszką. Miała na głowie kapelusz, jasny szal narzucony na ramiona oraz białe rękawiczki. Rozmawiałyśmy chwilę. Opowiadała, jak się czuje. Okazała się być bardzo miłą i schorowaną kobietą, aczkolwiek nie narzucała swojej osoby i nie narzekała. Szukała osoby do pomocy. Trochę się wstydziłam, że nie umiałam jej pomóć.
W końcu dojechałyśmy do przystanku, na którym obie zamierzałyśmy wysiąść. Pani pożegnała się ze mną bardzo miło, a na koniec powiedziała:
- ...i żeby się pani zawsze tak pięknie uśmiechała.

Uśmiech wraca... jak bumerang!

Po czterech latach... z nową filozofią i dedykacją

Minęły cztery lata i znowu tu jestem. W międzyczasie mój ogień przygasł, a raczej pewni ludzie próbowali mi wmówić, że jest on tak palący, że nieciepły. Chłopcy z tamtych lat pozostali na kartach historii i pięknych książek, a mnie wypieprzyli z zarządu wspólnoty mieszkaniowej:D Obiecuję, że już nie będę pisać żadnych gniotów o korporacjach ani bezskrzydłych aniołach. :) Chociaż mogłabym, bo z korporacjami doświadczeń mi nie brakuje. Piąty rok spędzam całe dnie z dziećmi, które uczą mnie mądrości życia lepiej niż dorośli.
Jednak pisanie ciągle jest dla mnie ważne i uwielbiam się nim zajmować. Chciałabym pielęgnować to zamiłowanie regularnie. Co więcej... może wreszcie odważę się pokazać je szerszej publiczności. Zastanawiałam się, czy nie pokasować dawnych postów, ale postanowiłam je zachować. Niech moje "pióro" przechodzi ewolucję i rewolucję. Niech moje marzenie o regularnym pisaniu się spełnia! A potem może zobaczę swoje postępy:)
Życie tak już się plecie, że zazwyczaj potrzeba pisania pojawia się we mnie wtedy, kiedy dzieje się coś trudnego. Jednak wierzę, że to, co jest trudne, jest też piękne i Pan Bóg wyprowadza z każdej ciężkiej sytuacji jakieś niesamowite, niepojęte dobro.
Przez ostatnie cztery lata bardzo się zmieniłam. Staram się pilnować sama siebie w kwestii cieszenia się życiem. Zwłaszcza w naszym polskim narzekactwie narodowym iskierka optymizmu jest niesamowicie potrzebna. Moją nową filozofią jest radość z rzeczy pozornie małych i oczywistych, a jednak jakże ważnych - zdrowie, przyjaciele, rodzina, dom nad głową, pełna micha...
Czytając stare wpisy zauważyłam, że ten blog nie miał konkretnego charakteru. Postanowiłam to zmienić. Kiedyś, w moim ulubionym czasopiśmie z młodych lat- "Filipince" był taki cykl "Zbieraj życie". Czytelniczki wysyłały krótkie historie, które przydarzyły się im bądź ich znajomym, członkom rodziny, a które to historie zadziwiały. Ja także chciałabym zbierać dla Was życie, bo to właśnie ono jest najlepszym scenarzystą, pisarzem, reżyserem, malarzem, rzeźbiarzem, kompozytorem. Chciałabym moim ogniem ocieplać każdą codzienność.
Chciałabym także zadedykować tego bloga wszystkim osobom, które zachęcały mnie do pisania, a szczególnie (w kolejności chronologicznej) mojej Mamie Ewie, mojej ś.p. Babci Wandzi (która zachęcała mnie do pisania historii o dzieciach), mojemu ś.p. wujkowi Andrzejowi oraz mojemu Przyjacielowi Scottowi.

niedziela, 27 grudnia 2009

Po warsztatach z pisania- o relacjach w korporacjach

W tym ćwiczeniu miałyśmy pomyśleć o tym, co nam krąży po głowie jako temat książki. Ja pomyślałam sobie o relacjach. Po znalezieniu tego słowa- klucza miałyśmy za zadanie stworzyć swego rodzaju mind-mapę- wypisać wszelkie skojarzenia z wybranym przez nas pojęciem. Mapa ta miała być dla nas bazą, konspektem, do stworzenia czegoś większego. Ja skierowałam się bardziej w temat, który ostatnio mnie bardzo zainteresował i trochę odbiegłam od swojego konspektu. Przeczytałam mianowicie niedawno internetowy artykuł o wyjazdach integracyjnych w korporacjach. O tym, jak tam ludzie zachowują się jak dzieci na szkolnej wycieczce. Postanowiłam więc napisać to jako coś większego, coś, co jednak pojęcie „relacji” (bardzo szerokie przecież) będzie w sobie zawierać. Nie jestem zbyt zadowolona z efektu finalnego, ale może kiedyś to jeszcze przerobię.

Było ich około 30 osób. Pracowali w jednym biurze, na siódmym piętrze tego słynnego biznes- wieżowca. Codziennie rano przychodzili, aby włączyć komputer, wypić kilka kaw i wprowadzić do bazy danych kilkadziesiąt mniej lub bardziej znaczących liczb.
Nie stanowili jednolitej, szarej masy. O ludziach w tym biurze można raczej rzec, że była to mozaika osobowości. W części zajmującej się księgowością pracował wysoki Radek. Elegancik, zarówno w stroju jak i zachowaniu. Kobiety wprost uwielbiały jego pełen szarmancji sposób bycia. Czasami wręcz wymyślały preteksty, by móc się do niego zgłosić z jakąś sprawą.
W dziale marketingu pracowała Ela- szczupła brunetka o zgrabnej figurze. Codziennie miała na sobie przepisową garsonkę oraz drogie szpilki, których zazdrościły jej wszystkie koleżanki z biura. Chyba to włosy zawsze upięte w kok sprawiały, że ludzie odbierali ją jako zimną i nieprzystępną karierowiczkę. Nikt jednak nie mógłby odmówić jej profesjonalizmu.

(Tu należałoby sprytnie wpleść w dalszy ciąg opis innych barwnych postaci tego biura, ale na razie nie pokusiłam się o to. Im dłużej to czytam, tym bardziej się zachwycam, jaki piękny gniot napisałamJ)

Tego piątku wszyscy mieli jechać do Białowieży na weekendową imprezę integracyjną. Po pracy (gdzie tego dnia byli zwolnieni z oficjalnych strojów) zapakowali się do stojącego pod biurowcem autokaru. Jeszcze zanim minęli rogatki miasta, Tomek z Kasią byli już po dwóch piwach, co doprowadziło do szczerych wyznań.
- Powiem ci coś, Kaśka...- lekko zamroczonym głosem zaczął Tomasz.- Lubię cie, ale szasamy byfasz...wnerwiająca...i nie noś tych krótkich spódnic, bo się szłofiek skupić nie może...
- A ty...- odgryzła się Kasia- mógłbyś nie cfonić co pińć minut do tej tfojej lafiryndy...my tu zapierdzielamy, a ty se gadki telefoniczne uskuteczniasz, e?
Kiedy dojechali na miejsce, rozpoczęło się rozdzielanie pokoi.
Ewelina (młoda mężatka) z zaręczonym Piotrkiem kategorycznie zażądali wspólnej „dwójki”. Zosia z Elą, jak prawdziwe psiapsiółki od serca, zażyczyły sobie pokój w najbardziej oddalonym skrzydle ośrodka (aby móc plotkować na temat wszystkich).
W oczekiwaniu na pokój, Marek zadzwonił do swojej żony:
- Kochanie, dojechaliśmy...Tak, wszystko w porządku. Nie, nie jest mi zimno. Tak, wziąłem szczoteczkę do zębów. Kochanie! Posłuchaj, zadzwonię dopiero w niedzielę z autokaru. Wyłączam telefon. Sama rozumiesz- szef kazał...No, to ucałuj dzieciaki. Pa.

Po warsztatach z twórczego pisania- historia ze zdjęć

HISTORIA ZE ZDJĘĆ


Na pierwszych warsztatach twórczego pisania prowadząca je Basia dała nam stos zdjęć, z których miałyśmy wybrać cztery takie, jakie najbardziej do nas przemawiają.
Ja wybrałam kolejno:
1. Rysunek aniołów w niebieskich barwach (jak się później przyjrzałam, był to obraz Zwiastowania, a więc jedna postać to była Maryja, a druga- nie anioł, a Archanioł- Gabriel...(lekka profanacja w sumie);
2. Neil Arsmtrong w kosmosie (słynne zdjęcie z lądowania na Księżycu);
3. Pole słoneczników;
4. Stos książek.
Następnie miałyśmy na podstawie tych obrazków ułożyć jakąś historię. Oto co przyszło do mojej głowy:

Pewnego niebiańskiego dnia Anioł Bez Skrzydeł zapytał Anioła Ze Skrzydłami:
- Jak myślisz, z czego ludzie cieszą się najbardziej?
- Co masz na myśli?- pytaniem odpowiedział Anioł Ze Skrzydłami.
- Mam na myśli to, co sprawia im najwięcej radości.
Skrzydlaty zastanowił się.
- Wiesz, rozmawiałem raz z Neilem Armstrongiem- powiedział po chwili.- On twierdzi, że czymś, co ucieszyło go najbardziej w jego ziemskim życiu były te fantastyczne skoki w stanie nieważkości na Księżycu.
- Ależ Aniele Ze Skrzydłami- przerwał rozmówca- przecież nie każdy człowiek ma szanse podróżować na Księżyc!
- Masz rację...- Skrzydlaty znów popadł w zadumę.- Już wiem! Na pewno wszyscy ludzie cieszą się najbardziej ze słoneczników! To piękne kwiaty, przypominają Słońce, dają nasiona, można z nich robić olej. Gdy się widzi słonecznika, buzia od razu sama się śmieje!
- Tak, niewątpliwie...tylko...słoneczniki rosną przecież tylko w niektórych partiach Ziemi...

W tym momencie Aniołowi Ze Skrzydłami skrzydła opadły, a temu Bez Skrzydeł zrzedła mina.
Zastanawiali się tak chwilę, chodząc po nieboskłonach.
W pewnym momencie ich oczom ukazał się stos książek. Na ziemi ludzie powiedzieliby, że był wysoki aż do nieba...ale przecież to już było niebo! Książki były różnej wielkości i grubości. Dwie miały białe okładki, a pozostałe miały oprawy o różnych kolorach; w zasadzie każda była inna. Na grzbietach dostrzec można było nazwiska „Cortazar”, „Marquez”... Leżały w pewnym nieładzie.
- Czy myślisz o tym, o czym i ja myślę?- zapytał jeden anioł drugiego.
Nie mówiąc nic więcej zabrali się do czytania jednej książki za drugą. Można by pomyśleć, że długo to mogło zająć...ale przecież mieli na to całą wieczność!
Czytali, czytali, czytali...
A każda książka mówiła o czym innym. Każda pokazywała im nie tylko to, czym ludzie się cieszą, ale też to, czym się smucą. Co więcej, zauważyli w pewnym momencie, że te same rzeczy, które dla jednych ludzi są szczytem szczęścia, dla innych są mało znaczącymi drobnostkami. A czasami- wręcz nieszczęściem!
- Ciężko dogodzić tym ludziom- wzdychali, przewracając kolejne strony.

Kiedy dotarli do końca tej kolekcji literackiej, Anioł Bez Skrzydeł powiedział do Anioła Ze Skrzydłami:
-Wiesz... Nie znam recepty na ludzką radość...ale ja to na ich miejscu najbardziej cieszyłbym się z...książek.


Następnym ćwiczeniem było napisanie tej samej historii jako informacji dziennikarskiej:

W niebie dwie postacie znane jako Anioł Bez Skrzydeł i Anioł Ze Skrzydłami zastanawiały się wczoraj w godzinach popołudniowych nad tym, co stanowi dla ludzi rzecz sprawiającą największą przyjemność. Po odrzuceniu kwestii skoków na Księżycu (opowiedzianych jednemu z Aniołów przez znanego kosmonautę- Neila Armstronga) oraz widoku słoneczników, dwaj Posłańcy Boży postanowili zasięgnąć rady w stosie książek znalezionym na lewym skraju nieba. W rezultacie stali się bardziej oczytani, jednak odpowiedzi na nurtujące ich pytanie nie znaleźli. Zawartość czytanych książek była bowiem bardzo zróżnicowana i żadna z nich nie mówiła jednoznacznie co tak naprawdę wszystkim ludziom sprawia najwięcej radości.

czwartek, 5 listopada 2009

Alternatywy na Tagore 4

Zgodnie z otrzymanym wcześniej zawiadomieniem, wybraliśmy się wczoraj z Karolem- moim sąsiadem i jednocześnie "bratem"(bo przecież znanym mi od kołyski:) na nadzwyczajne zebranie wspólnoty mieszkańców bloku przy ul.Tagore 4.

Punktualnie o 18 weszliśmy do sali biologicznej w pobliskim liceum ekonomicznym.
Od razu odczułam znajome klimaty- usiedliśmy z Karolem w ławce niczym Alina Janowska z Wiesławem Michnikowskim w jednym odcinku "Wojny Domowej" na wywiadówce. Tam także była to sala od biologii, aczkolwiek tam były szkielety ryb, a u nas na ścianie wisiały...pochwy i członki. No dobrze, w rogu stał jeszcze szkielet, ale ludzki. Te członki nie pozostały jedak bez echa...ale o tym za chwilę.

-Czuję się jak na oddziale geriatrycznym- szepnął do mnie Karol przewracając oczami, co oczywiście nie dało się zaprzeczyć, jako że w tle słychać było rozmowy towarzyskie pełne narzekań i odcharkiwania niczym w kolejce do internisty w przychodni na Malczewskiego.

Za chwilę rozpoczęło się zebranie. Pani Łukowska, nasza kierowniczka administracji, wygłosiła potężną tyradę na temat ocieplania bloków, wymiany rur i generalnego przerobienia pionów CO. Ja jak to ja- zrozumiałam co piętnaste zdanie, ale Karol obiecał mi to później objaśnić i wyrysować.
Pani kierowniczka przedstawiła również plan audytu, który przyjdzie i wszystko oceni, bo jak wiadomo- bez planu nie ma entuzjazmu, a bez entuzjazmu nie ma mieszkania (patrz: drugi odcinek "Alternatywy 4":).
Jednak naszym drogim lokatorom ciężko było to wyjaśnić i wszyscy podnieśli larum- ale w zasadzie po co ten kredyt, a w ile czasu będziemy go spłacać, a w zasadzie jaki jest zysk??? no i oczywiście wszystko jest za drogie.
Najwięcej głosowała pani w czarnym turbanie na głowie i szarych ogromnych koralach, której pochodzenia (czyli numeru mieszkania) nie byliśmy w stanie z moim przyjacielem zidentyfikować.
Nieopodal naszej ławki zasiadł pewien pan, który miał bardzo dużo pytań.
Przy jednym z kolejnych jego wynurzeń ("Przepraszam! Ja mam pytanie"), usłyszeliśmy od siedzącej za nami pani poirytowane "Oessssssss".
Fragment mojej korespondencji z Karolem:
"Ja-co ten facet tu w ogóle robi?
Karol- Bo on jest z miasta. (obok wyrysowany wykres kołowy, gdzie około 1/7- stanowi "ON", a pozostała część to "MY". Nie ma to jak mieć koło siebie inżyniera na zebraniu;).

Gwar przy tym wszystkim panował niesamowity. Pan Gołębiewski, niewiele słysząc, strasznie głośno komentował. Pani Włodarczykowa (babcia Pawełka) jako główna członkini naszego zarządu pohukiwała co i raz:
- Panie Gołębiewski, niech pan przestanie gadać!
Uciszała również różne niesforne panie, w tym swoją córkę (czyli, jak się łatwo domyślić-mamę Pawełka), krzycząc:
-Panie!!!!!!!!

Za którymś razem, gdy zakrzyknęła:
- Panie drogie!
drogie panie zakrzyknęły chórkiem niczym uczennice objechane przez złą panią nauczycielkę:
- To nie my!!!!!!!!!!!!!!!!

Po burzliwych dyskusjach i ostatecznym przekonaniu większości, że bez audytu nie mamy co dzielić skóry na niedźwiedziu, a jak wiadomo- nic nie jest za darmo na tym świecie i niestety- trzeba będzie dopłacić, pani Łukowska zaczęła czytać numery mieszkań zadłużonych w płaceniu czynszu. Serce podeszło mi do gardła, ale na szczęście zaczęła od numeru 38 i szła już dalej, więc naszego mieszkania na szczęście nie objęło. Okazało się, że wszystkie zadłużenia są na 4 klatce, co trochę podłamało mojego drogiego Sąsiada. Dobrze, że ja zalegam tylko z jednym czynszem... bo już widziałam windykatorów i komornika o urodzie Andrzeja Chyry w moich drzwiach...

Kiedy te najważniejsze kwestie zostały omówione, przyszedł moment największego przeboju tego wieczoru.
Okazało się bowiem, iż pani Maria Sikorska spod nr 16 postanowiła zrezygnować z członkostwa w Zarządzie Wspólnoty. Padło sakramentalne pytanie: "Czy ktoś z państwa chciałby się zgłosić?"
Spuściłam głowę tak nisko jak się tylko dało. Wtem z sali dało się słyszeć czyjeś stwierdzenie:
-Ja myślę, że to powinien być ktoś z 3 klatki. (Jest tam już pani Włodarczykowa z klatki 4 oraz pan ojciec Grzesia z klatki 1- przyp. autorki). Wydaje mi się, że powiedziała to mama Pawełka.
Oczywiście wbiłam się w tym momencie w krzesło jeszcze bardziej.

Nadaremno.
Karol szepnął do mnie:
-Mery, no zgłoś się!
Ja na to przez zęby:
-Cicho bądź!!!!!!ja się kompletnie na tym nie znam!sam się zgłoś!
Nie zdążyłam jednak wyperswadować mu tego, bo z sali padło kolejne:
-Marysiu! ja liczyłam na to, że młodzież z trzeciej klatki, skoro tu przyszła, to się zgłosi!- tym razem to już naprawdę była Mama Pawełka.
- Ale ja się czuję niekompetentna!
- Jesteś bardzo kompetentna!- powiedział z manipulacyjną pewnością Pan Krzysztof Ojciec Małej Helenki (swoją drogą też bardzo sympatyczny facet, biznesmen, ale mówi do mnie zawsze "Cześć", co mnie denerwuje, bo przepraszam bardzo nie przypominam sobie, żebyśmy mieli panie jakiś bruderszaft!). Spryciarz, sam już tu nie mieszka, tylko podnajmuje, więc chce mieć "swojego człowieka w Zarządzie", tak?
Na to wtrąciła się pani Łukowska (skądinąd przemiła i bardzo cierpliwa kobieta):
- Ależ niech się pani nie przejmuje! to nigdy tak nie jest tak, że ktoś wie wszystko od razu. My uczymy i na pewno będziemy pomagać! To jak? Zgadza się pani?

No i cóż ja mogłam w tej chwili powiedzieć...Za miętka jestem i tyle.

- No to w tej sytuacji...
W tym momencie zerwały się brawa niczym na rozdaniu Oskarów. A jak mi wszystkie te staruszki dziękowały!
Karol doznał olśnienia (i Bogu dzięki! ktoś musi być mózgiem tej operacji, ja mogę jedynie dać swój głos:) i mówi do mnie cichaczem:
-Może i ja bym się zgłosił...?
Jak wiadomo staruszkowie niewiele słyszą, ale co trzeba- zawsze usłyszą i w tym momencie słychać było z sali :
-Panie Karolu!pan też się zgłosi! trzeba młodego, świeżego spojrzenia!

Ciekawe, że jak do mnie mówili, to byłam tylko "Marysią", a do Karola już na "pan"!
Nie narzekam jednak, ponieważ mojego Sąsiada spytali również o to, czy jest właścicielem i czy jest zameldowany, podczas gdy ja nie jestem ani jedno, ani drugie...Widać wydało im się to tak oczywiste, że nawet nie musieli pytać:)

Teraz już rozumiem, dlaczego nigdy wcześniej nie chodziłam na takie "imprezy"...
Poszłam raz i zostałam członkiem zarządu z przypadku.
Pani Konikowa na koniec oznajmiła mi:
- No, to teraz będzie pani reprezentowała naszą klatkę!

Nie wiem, co dokładnie miała na myśli, ale jak opowiedziałam dziś jednemu koledze, że zostałam członkiem zarządu wspólnoty mieszkaniowej - społecznie, odparł:
- Wycofaj się z tego jak najszybciej.

A Babcia Wandzia byłaby ze mnie dumna!
Trzymajcie więc za mnie kciuki.